Krzysztof Szymański z Tarnobrzega stracił ukochanego psa. Czy słusznie obwinia lekarza weterynarii? (ZDJĘCIA)

Marcin Radzimowski
Marcin Radzimowski

Wideo

Zobacz galerię (7 zdjęć)
Krzysztof Szymański z Tarnobrzega uważa, że lekarka weterynarii wskutek zaniedbań mogła doprowadzić do śmierci jego 6-letniej suki, Karmen. Lekarka nie ma sobie nic do zarzucenia i zapewnia, iż wszystkie działania podejmowała w zgodzie ze sztuką weterynaryjną. Całą sprawę bada policja, po zawiadomieniu złożonym przez właściciela psa.

Karmen była z rodziną Szymańskich od samych narodzin, sześć lat temu. Była ulubienicą domowników. - Taka nasza pociecha była, dlatego jej odejście jest bardzo bolesne - mówi Krzysztof Szymański.

Jak całą sprawę przedstawia właściciel psa?
Wszystko zaczęło się w ostatnich dniach września, kiedy to domownicy zauważyli krwawienie z dróg rodnych Karmen. W piątek, 2 października krwawienie się nasiliło, dlatego właściciel zadzwonił do lekarza weterynarii Joanny Skulskiej-Sech, pod opieką której od samego początku była Karmen.
- Pani doktor powiedziała, że najlepiej byłoby zrobić usg i badania wstępne, ale ona w tamtej przychodni nie ma sprzętu i zasugerowała, żeby jechać do gabinetu doktora Wojciecha Oręziaka - relacjonuje Krzysztof Szymański. - Po godzinie 15 pojechaliśmy do niego. Lekarz wykonał badania i usg, stwierdził, że jest stan zapalny macicy. Powiedział, że to wymaga natychmiastowego zabiegu i nie ma na co czekać. Wytłumaczył nam wszystko i zgodziliśmy się.

Lekarz powiedział, że po zabiegu sterylizacji, jeśli wyniki będą dobre, pieska wybierzemy tego samego dnia. Okazało się, że wyniki są dobre, dlatego po godzinie 19 Krzysztof Szymański z synem pojechał do gabinetu i odebrali Karmen oraz przepisane leki. Lekarz mówił, że w sobotę można już jej dać jeść i wszystko powinno być dobrze.
- Powiedział, że w niedzielę to już Karmen powinna biegać bardziej niż przed zabiegiem - mówi tarnobrzeżanin. - No, ale w niedzielę nic nie jadła i jeszcze wymiotowała. W poniedziałek rano dzwoniłem do doktora, ale nie mogłem się dodzwonić. Później dopiero się okazało, że był błąd w komunikacji, bo dzwoniłem na inny numer. Doktor nie odbierał, bo nie miał go zapisanego.

Nie mogąc się skontaktować z lekarzem wykonującym zabieg, pan Krzysztof zadzwonił do lekarza weterynarii Joanny Skulskiej-Sech. Opowiedział o stanie zdrowia psa. Lekarka poprosiła, żeby przyjechać z Karmen do jej gabinetu.
- Pani doktor obejrzała ranę, powiedziała, że wszystko jest dobrze i że podadzą jej kroplówki - mówi. - Na sugestię innej lekarki z gabinetu, że może potrzeba zrobić badania, powiedziała, że badania miała robione u doktora Oręziaka. Tyle tylko, że trzy dni wcześniej.

Krzysztof Szymański przekazuje, że pani doktor zmieniła leki z doustnych na dożylne. Mówi, że nie wie jakie to były leki. - Podała jej kroplówkę i glukozę oraz leki na temperaturę. Powiedziała też, że rana ładnie się goi. Jak przekazała pani doktor, w poniedziałek wieczorem pies powinien jeść – dodaje.

W poniedziałek pies jednak nie jadł i był słabszy, dlatego we wtorek znów pojechali do gabinetu. - I to samo: kroplówka, glukoza, jakieś zastrzyki. I we wtorek w tej pooperacyjnej ranie zrobiła się dziurka i wylewała się ropa - opowiada właściciel. - Syn, bo razem tam jeździliśmy, mówił o tej dziurze i pytał, czy to nie jest niepokojące. Usłyszał, że to tylko dziura i skóra, tak jak u człowieka się zrośnie. Ropę mieliśmy wyciskać i ranę przemywać.
Tarnobrzeżanin dodaje, że stan psa się pogarszał, więc we wtorek wieczorem zadzwonił do doktor Joanny Skulskiej-Sech i zasugerował, żeby zrobić usg i inne badania. W środę około godziny 9 w gabinecie pobrano od psa próbki do badań, zwierzak dostał też zastrzyk i kroplówkę.
- W środę po godzinie 18 pani doktor zadzwoniła z wynikami badań. Nie były dobre. Zasugerowała, że przyczyną mogły być podawane leki, że tam z wątrobą i trzustką słabo – mówi tarnobrzeżanin.

W czwartek Krzysztof Szymański zadzwonił do kliniki weterynaryjnej w Stalowej Woli, szukając ratunku. Jak twierdzi, usłyszał, iż lekarz powinien przede wszystkim w poniedziałek powtórzyć badania podstawowe i usg.
- Zasugerował, żeby jak najszybciej przywieźć pieska z dokumentacją do przychodni w Stalowej Woli. Ostatecznie jednak zawiozłem Karmen do doktora Oręziaka w Tarnobrzegu, jak się okazało brata doktora z przychodni w Stalowej Woli - snuje mężczyzna. - Doktor załamał ręce, jak zobaczył psa. „Kto ją doprowadził do takiego stanu. Widzicie co się z tą raną dzieje?” - pytał. Dodawał, że teraz to nie wie co on może zrobić, bo pies może w każdej chwili zejść. Z wyników środowych wynikało, że pies ma cukier na poziomie 500, a pani doktor jej jeszcze od poniedziałku cukier ładowała, glukozę.

Karmen została w gabinecie. Lekarz nie dawał jednak żadnych gwarancji, że pies przeżyje Jak mówi pan Krzysztof, najpierw trzeba było zbić poziom cukru. Udało się to z 500 do 223 jednostek.
- Dzwoniąc później usłyszałem, że konieczna będzie ponowna operacja, ale pojawiło się pytanie, czy tak osłabiony pies obudzi się po narkozie - kontynuuje Krzysztof Szymański. - Obudziła się z narkozy. Doktor ściągnął z pęcherza brązowy mocz, nie wiadomo skąd to się tak zrobiło.

W piątek, jak przekazał mu lekarz, był lekka poprawa stanu zdrowia psa, ale niestety wdała się posocznica. W sobotę Karmen odeszła.

- W poniedziałek złożyłem zawiadomienie na policję o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Podobne złożyłem też do rzecznika odpowiedzialności zawodowej - mówi Krzysztof Szymański. - Nie kryję, że czuję się oszukany przez panią doktor. Zapewniała, że rana się goi, że wszystko jest dobrze. A teraz Karmen nie ma z nami. Może gdyby pani doktor te badania zrobiła, badanie USG, nie dawała bez badań insuliny, pies by żył?

Jak całą sytuację przedstawia lekarz?

Przede wszystkim lekarz medycyny Joanna Skulska-Sech nie czuje się winna i stanowczo zapewnia, że nie ma sobie nic do zarzucenia, a wszystkie podejmowane przez nią działania były w oparciu o powszechną wiedzę lekarską, weterynaryjną. Jednocześnie, nie chcąc się narazić choćby na zarzuty ujawniania informacji dotyczących leczenia osobom postronnym, stawiane przez Krzysztofa Szymańskiego zarzuty odpiera mówiąc w trzeciej osobie. Wiadomo jednak, że chodzi o ten konkretny przypadek.

- W ostatnich latach nastąpił ogromny postęp w profilaktyce, diagnostyce i leczeniu zwierząt, jednakże choroby przewlekłe, letalne, nieuleczalne czy powikłane są codziennością w gabinetach weterynaryjnych – podkreśla lekarz weterynarii Joanna Skulska-Sech. - Do każdego pacjenta podchodzimy z najlepszymi intencjami i absolutnym zaangażowaniem starając się go uratować i wiemy, że utrata ukochanego zwierzęcia jest bolesna, gdyż są to członkowie naszych rodzin.
Lekarka zaznacza, że nieodzowną rolę w leczeniu zwierząt pełni właściciel, który jest dla lekarza źródłem informacji, obserwacji, ordynuje leki czy wykonuje zalecenia w domu.
- Zdarza się, że opiekun w krótkim czasie choroby swojego pupila, odwiedza kilka gabinetów, nie informuje o rozpoczętym leczeniu czy wykonanych badaniach i nie zapewnia tym samym ciągłości tego leczenia, co oczywiście może wywołać negatywne konsekwencje – dodaje Joanna Skulska-Sech. - Czasem właściciel niestety nie słucha lekarza. To, że zwierzę je, pije, załatwia czynności fizjologiczne czy jest corocznie szczepione, co ma odnotowane w książeczce, właściciel odnajduje jako dowody absolutnego zdrowia. Z kolei takie fakty jak: otyłość, nieprawidłowe żywienie, zmniejszenie aktywności czy to, że jest niewykastrowane i wszystkie związane z tym ewentualne konsekwencje, po prostu bagatelizuje. A niestety brak reakcji w odpowiednim momencie stanowi poważne ryzyko wystąpienia związanych z tym chorób.

Lekarka kontynuuje również, że kolejnym utrudnieniem w pracy lekarza weterynarii są opiekunowie zwierząt, którzy traktując medyków jako usługodawców, podchodzą do leczenia jak do napraw serwisowych lub gwarancyjnych, oczekując 100-procentowej skuteczności niezależnie od występującego problemu.
- Mówiąc kolokwialnie mamy usunąć lub wymienić to, co jest zepsute – mówi wprost Joanna Skulska-Sech. - Podobnie w przypadku, gdy ktoś przychodzi do gabinetu z gotową diagnozą postawioną na podstawie wiadomości zdobytych w Internecie lub od znajomych i zmusza lekarza do udowadniania, że ma rację ordynując te a nie inne leki, wykonując te a nie inne czynności i tak dalej. Najtrudniejsze są dla lekarza przypadki, co może się wydawać się niewiarygodne, gdzie mamy do czynienia z wszystkimi tymi problemami jednocześnie.

Właścicielka Przychodni weterynaryjnej REX-1 w Tarnobrzegu podkreśla, że niestety w chwilach tragedii ludzie szukają winnych, często nie widząc własnego udziału w tym co się stało.
- Mam na myśli fakt, iż właściciel przez prawie trzy doby po operacji nie kontaktuje się z lekarzem przeprowadzającym zabieg, pomimo że zwierzę nie je, tylko pije i wymiotuje, a więc nie przyjmuje leków - - precyzuje Joanna Skulska-Sech. - Ponadto wprowadza drugiego lekarza w błąd twierdząc, iż jego pupil był zdrowy przed operacją albo nie stosuje się do zaleceń. Dodatkowo nie przyjmuje do wiadomości, że rokowanie jest ostrożne, a próby pocieszenia czy poprawę pojedynczych objawów traktuje jako obietnicę powrotu do zdrowia. A wypowiadanie się na temat leczenia na podstawie usłyszanej pojedynczej nazwy jednego z wielu zastosowanych leków (glukozy), pomimo iż po kartę informacyjną leczenia nigdy się nie zgłasza, uważam za absurdalne.

Lekarka, używając fachowej terminologii, opisuje, co właściwie dolegało Karmen.
- Gdy mamy do czynienia z tak poważną chorobą, jak w tym przypadku, czyli ropomaciczem, musimy wiedzieć, że bakteryjne zapalenie macicy to schorzenie dotyczące całego organizmu,w związku z zagrażającą toksemią – wyjaśnia lekarz weterynarii. - Z kolei postępująca toksemia prowadzić może do zejścia śmiertelnego w konsekwencji wstrząsu toksycznego i statystycznie nie udaje się uratować do 10 procent samic. W związku z tym każda doba od momentu wykonania zabiegu wymaga właściwego postępowania terapeutycznego, co nie miało miejsca przez prawie trzy doby. A gdy, tak jak w tym przypadku okazuje się, że zwierzę ma szereg chorób współistniejących,o których właściciel nie wiedział wcześniej, to sytuacja staje się jeszcze trudniejsza.

Joanna Skulska-Sech dodaje jeszcze, iż w przypadku tak ciężkiej choroby jak ropomacicze, zabieg operacyjny jest pierwszym etapem. Następnie należy monitorować i stabilizować pacjenta, co – jak twierdzi - nie było robione przez prawie trzy doby.
- Gdy dodatkowo okazuje się, że zwierzę ma kilka innych nie leczonych chorób współistniejących, o których właściciel nie wiedział wcześniej, to mamy dodatkowe możliwe komplikacje – mówi lekarka.

Lekarz weterynarii zaznacza, że dodatkowe informacje, które każdy może otrzymać nawet telefonicznie są takie, iż większość badań przychodnia ta wykonuje w zewnętrznym laboratorium, co wymaga pobrania próbek do badań do godziny 9:30. W obecnym momencie na wyposażeniu jest głowica USG umożliwiającą badanie zwierząt do 10 kilogramów masy ciała, a właściciel otrzymuje kartę informacyjną każdego przewlekłego leczenia wraz z wynikami na piśmie.
- Na szczęście ogromną grupę właścicieli zwierząt stanowią świadomi opiekunowie, dla których równie ważna co miłość i przyjaźń jest profilaktyka, prawidłowe żywienie czy szybkie reagowanie na poszczególne problemy - wylicza Joanna Skulska-Sech.

Czy postępowanie lekarza było prawidłowe? Czy w opisywanym przypadku była możliwość uratowania zwierzęcia? Czy postępowanie właściciela też było właściwe? Odpowiedzi na te wszystkie pytania poszuka policja, która przyjęła zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Prowadzi je w sprawie, nie przeciwko komukolwiek. O efektach postępowania poinformujemy.

Komentarze 12

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Do właściciela psa p. Krzysztofa

Jeżeli Pana sposób na życie polega na żerowaniu na innych, bieganiu na policję, kłamstwach i manipulacjach, jak było w przypadku pracy członka rodziny czy wynajmu przez Pana mieszkania, to proszę pamiętać że:

- po pierwsze: nie na wszystkim da się zarobić

- po drugie: kłamstwo ma bardzo krótkie nogi!

Tak po prostu nie można!

C
Człowiek

Ja również mam Zal do Pani weterynarz.Wlasciwie do obu, ktore tam przyjmuja,ponieważ razem "leczyly" mojego psa.

Wiem co Pan czuje.Podziwiam Za walke, upór i odwagę.

Chce pozostac anonimowy.Mnie zadne przeprosiny,rekompensata ,pieniadze nie zwróci życia wiekowego Przyjaciela.Bo to nie byl zwykly pies.Nie chce rozradpywac wspomnien i pisać ile dobrego zrobil w naszej rodzinie przez wiele lat.Jak bardzo okazywał swoją miłość i oddanie za to ,że wybraliśmy go spośród 200 ze schroniska.Jaka metamorfoze przeszedl na naszych oczach z lekliwego i niesfornego, bitego psa w potulnego,ulozonego kanapowca który bezgranicznoe ufa człowiekowi. CZas wcale tu nie leczy ran.

PRZYPADKiEM zobaczylm ten artykul.

Może nasz przypadek kogos Pouczy.Da do myslenia.

Bo Naprawić sie absolutnie nie da.

W tym roku "leczyliśmy" tam psa.Byl slaby,niechetny do ruchu i zabaw.(Tylko jadł w miarę normalnie).

Pani Wet.popatrzyła mu w źrenice i rzucila"babeszjoza".Ja w szoku bo był zabezpieczony ."No ale widoczNie obroża za 140zł byla trefna,to już kolejny taki przypadek".

Na wstepie Zrobiono jedynie badanie moczu (bo tylko to mozna w sobote ).Wyszlo niby zle.I zastosowano Jakies 5 dni agresywnej dozylnej atybiotykoterapii i kroplowek.TRZECIEGO dnia leczenia-na moja prosbe badanie krwi na babeszje.No Nie wykryto jej."aa widocznie wyleczylismy" (?).Leczono dalej dozylnie jeszcze 4 i 5 dzień..Po czym zrobiono jakieś tam badanie które wg pani Wet. pokazało juz tylko "lekkki stan zapalny"i juz wyluzowana pani wet kazała Dawać tabletki w domu.(Stan fizyczny psa nie uległ znaczącej poprawie,wciaz byl slaby, Nie spal,cala dobe zial).

"Zieje bo mu goraco jest"zapewniano mnie:( Znam mojego psa,wiem ze cos go boli ,ze nie zieje w pochmurny wiettrzny dzień gdzie się chodzi w kurtce..I Tu przez chwile sie zawahalm czy aby trafilem do kompetentnego weta... ale uspokoilem sie-skoro mowia ze to tylko lekki stan zapalny .Codziennie mnie zapewniano ze pies z tego wyjdzie.

OtóŻ nie wyszedł.Zmarł.

Nastepnego dniaJEGO stan się na tyle pogorszyl-spuchl strasznie, ze o polnocy pojechaliśmy do odległej kliniki całodobowej...(nie.nie na Podkarpaciu).Doktor spojrzal na wyniki z TBG,zrobil nowe i orzekl POTEZNY ROZLANY NOWOTWÓR.

Powiedział ,że :

1.Babeszjozy tam raczej nie było.

2.nieodpowiednie zastosowane przez 5 dni leki znacznie pogorszyly jego stan.

3.Dobrze że nie zdążyła mu Pani dac tych tabletek.

4."co to za lekarz ,który mając tak tragiczny wynik mówi ,ze to ntylko lekki stan zapalny?!?".

Uwazajcie na swoich pupili.Morfolgia raz w roku.A w razie W moze warto byloby zasiegnac opini nie jednego gabinetu.

Gdyby postawiono poprawną diagnozę -pierwszego dnia może ktoś kompetentny uratowalby mojego psa.MIElibysmy czas oswoioc sie z sytuacja,poszezukac wyjscia.A nie bezradnie w jednej chwil stracic czlonka rodziny.

Skoro nie byly pewne diagnozy mogly odeslac nas gdzie indziej..Serdecznie Pana pozdrwiam.powodzenia.

PS.a wczoraj dostałem SMS z przypomnieniem o szczepieniu psa.

G
Gość

Skoro lekarz mówił, że suczka będzie jadła a nie jadła to dlaczego od razu pan nie zareagował? w książeczce zdrowia zwierzaka ma pan więcej niż jeden numer kontaktowy, wywód, że ktoś nie odbierał jest idiotyczny. Nikt tam nie ma sekretarki. Ci ludzie nawet odwiedzają zwierzęta w domu tak jak w moim przypadku. Robienie z ludzi idiotów i łażenie co rusz do innego weterynarza też średnio mądre. I na koniec tak jak ktoś napisał- suczka niewysterylizowana to zaniedbanie. Zaniedbał pan psa, panie Krzysztofie...

G
Gość
19 listopada, 19:27, Wiktoria:

Panie Krzysztofie, utrata przyjaciela to niewątpliwie duży cios. To bardzo przykre i współczuję Panu. Niemniej jednak uważam, że obwinianie Pani Skulskiej-Sech w tym przypadku jest nie na miejscu.

Proszę mi wierzyć, że do przychodni kieruję się od wielu lat ze swoimi pupilami. Nigdy nie miałam żadnych zastrzeżeń do pracy Pani weterynarz. Zawdzięczam jej życie mojego psiaka. Wykonała operację, która była naprawdę ryzykowna. Zawsze podchodziła z ogromnym zaangażowaniem i troską. Jej praca nie jest łatwa co miałam okazję obserwować przez ostatnie tygodnie codziennej wizyty z moim chorym pupilem. Przychodzący ludzie oczekują czasem nadprzyrodzonych mocy, natychmiastowej uwagi i anielskiej cierpliwości podczas,gdy sami nie potrafią okazać odrobiny kultury, szacunku czy empatii.

Uważam,że podczas rozpoczęcia leczenia u jednego weterynarza powinien Pan kontynuować leczenie u jednego. Nie neguję Pańskiego zaangażowania. Jestem w stanie wyobrazić sobie stres, jednak niepokoi mnie,że zauważając ewidentny brak poprawy, brak apetytu nie kontaktował się Pan od razu z przychodnią. Miałam sytuację w której w nocy musiałam natychmiast stawić się w przychodni i bez względu na godzinę otworzono ją tylko dla mnie.

Hejt nie zwróci życia przyjacielowi a niewątpliwie uderzy w Panią Skulską-Sech, która pełni swój zawód z powołania i nie będą ją obojętne Pańskie oskarżenia. Nie ze względów prawnych a moralnych. Utrata pacjenta dla lekarza weterynarii jest identycznym ciosem jak dla każdego innego lekarza.

Brawo Pani Wiktorio. Dodam jeszcze, że brak sterylizacji suczki to zaniedbanie właściciela. Suczka niewysterylizowana prędzej czy później będzie musiała poddać się zabiegowi a ten-jak loteria. Nawet w rękach najlepszego doktora

G
Gość
19 listopada, 19:27, Wiktoria:

Panie Krzysztofie, utrata przyjaciela to niewątpliwie duży cios. To bardzo przykre i współczuję Panu. Niemniej jednak uważam, że obwinianie Pani Skulskiej-Sech w tym przypadku jest nie na miejscu.

Proszę mi wierzyć, że do przychodni kieruję się od wielu lat ze swoimi pupilami. Nigdy nie miałam żadnych zastrzeżeń do pracy Pani weterynarz. Zawdzięczam jej życie mojego psiaka. Wykonała operację, która była naprawdę ryzykowna. Zawsze podchodziła z ogromnym zaangażowaniem i troską. Jej praca nie jest łatwa co miałam okazję obserwować przez ostatnie tygodnie codziennej wizyty z moim chorym pupilem. Przychodzący ludzie oczekują czasem nadprzyrodzonych mocy, natychmiastowej uwagi i anielskiej cierpliwości podczas,gdy sami nie potrafią okazać odrobiny kultury, szacunku czy empatii.

Uważam,że podczas rozpoczęcia leczenia u jednego weterynarza powinien Pan kontynuować leczenie u jednego. Nie neguję Pańskiego zaangażowania. Jestem w stanie wyobrazić sobie stres, jednak niepokoi mnie,że zauważając ewidentny brak poprawy, brak apetytu nie kontaktował się Pan od razu z przychodnią. Miałam sytuację w której w nocy musiałam natychmiast stawić się w przychodni i bez względu na godzinę otworzono ją tylko dla mnie.

Hejt nie zwróci życia przyjacielowi a niewątpliwie uderzy w Panią Skulską-Sech, która pełni swój zawód z powołania i nie będą ją obojętne Pańskie oskarżenia. Nie ze względów prawnych a moralnych. Utrata pacjenta dla lekarza weterynarii jest identycznym ciosem jak dla każdego innego lekarza.

Bardzo dobrze napisane

W
Wiktoria

Panie Krzysztofie, utrata przyjaciela to niewątpliwie duży cios. To bardzo przykre i współczuję Panu. Niemniej jednak uważam, że obwinianie Pani Skulskiej-Sech w tym przypadku jest nie na miejscu.

Proszę mi wierzyć, że do przychodni kieruję się od wielu lat ze swoimi pupilami. Nigdy nie miałam żadnych zastrzeżeń do pracy Pani weterynarz. Zawdzięczam jej życie mojego psiaka. Wykonała operację, która była naprawdę ryzykowna. Zawsze podchodziła z ogromnym zaangażowaniem i troską. Jej praca nie jest łatwa co miałam okazję obserwować przez ostatnie tygodnie codziennej wizyty z moim chorym pupilem. Przychodzący ludzie oczekują czasem nadprzyrodzonych mocy, natychmiastowej uwagi i anielskiej cierpliwości podczas,gdy sami nie potrafią okazać odrobiny kultury, szacunku czy empatii.

Uważam,że podczas rozpoczęcia leczenia u jednego weterynarza powinien Pan kontynuować leczenie u jednego. Nie neguję Pańskiego zaangażowania. Jestem w stanie wyobrazić sobie stres, jednak niepokoi mnie,że zauważając ewidentny brak poprawy, brak apetytu nie kontaktował się Pan od razu z przychodnią. Miałam sytuację w której w nocy musiałam natychmiast stawić się w przychodni i bez względu na godzinę otworzono ją tylko dla mnie.

Hejt nie zwróci życia przyjacielowi a niewątpliwie uderzy w Panią Skulską-Sech, która pełni swój zawód z powołania i nie będą ją obojętne Pańskie oskarżenia. Nie ze względów prawnych a moralnych. Utrata pacjenta dla lekarza weterynarii jest identycznym ciosem jak dla każdego innego lekarza.

D
Dominik
19 listopada, 17:55, Gość:

Niestety też nie polecam tej pani. Mój pies złamał łapę. Według niej było to zwykle złamanie i wystarczy gips. Szkoda tylko, że po ściągnięciu okazało się że pies wymagał operacji bo doszło również do zerwania ścięgien. Wszystko źle się zrosło i było już za późno na uratowanie pełnej sprawności. Każdy lekarz weterynarii do jakiego się udaliśmy, rozkładał ręce . Sunia przez tą Panią przez całe życie kuleje i nie może normalnie chodzić..

Bardzo bym prosił, jeśli Pan/Pani oczywiście chce skontaktować się z policją i złożyć zawiadomienie o tym przypadku. To bardzo ważna sprawa, bo ludzi, którzy mają przykrości związane z tą Panią jest znacznie więcej a takie wspólne działanie może w przyszłości komuś pomóc nie przeżywać tragedii.

G
Gość

Niestety też nie polecam tej pani. Mój pies złamał łapę. Według niej było to zwykle złamanie i wystarczy gips. Szkoda tylko, że po ściągnięciu okazało się że pies wymagał operacji bo doszło również do zerwania ścięgien. Wszystko źle się zrosło i było już za późno na uratowanie pełnej sprawności. Każdy lekarz weterynarii do jakiego się udaliśmy, rozkładał ręce . Sunia przez tą Panią przez całe życie kuleje i nie może normalnie chodzić..

G
Gość
19 listopada, 17:37, Gość:

Jeden do jednego opisana moja historia sprzed 3 lat kiedy Pani Dr. S. nie poprowadziła odpowiednio mojej suni po operacji. Po niedzieli idę na komendę i złoże również zawiadomienie. Jeśli Pan Krzysztof to czyta to jest nas więcej. Moja historia jest identyczna jak Pana Krzysztofa, też myślę, że moja suczka by żyła jeszcze.

Proszę, oto numer do Krzysztofa Szymańskiego. 573 094 668

G
Gość

Witam. Zostawię w komentarzu numer do ojca. Prosiłbym o kontakt z nim osób, które miały podobną sytuację w Rexie a chcieliby zgłosić to na policję, jak Pan/Pani w komentarzu poniżej. Ta Pani nie może więcej udzielać pomocy zwierzętom. 573 094 668

G
Gość

Jeden do jednego opisana moja historia sprzed 3 lat kiedy Pani Dr. S. nie poprowadziła odpowiednio mojej suni po operacji. Po niedzieli idę na komendę i złoże również zawiadomienie. Jeśli Pan Krzysztof to czyta to jest nas więcej. Moja historia jest identyczna jak Pana Krzysztofa, też myślę, że moja suczka by żyła jeszcze.

K
Kociarz

Rodzina na swoim ! Tak robią biznes rodzinni dyletanci "mafia zawsze ma swojaków " Moja kotka po podobnym zabiegu po prostu zdechła w ogromnych bulach , żona zadzwoniła do szpeca O...ka że kotka zdechła !!! nim to wypowiedziała ? paniusia która odebrała telefon nie znała treści telefonu ,powiedziała żonie : "że trzeba zrobić USG " Tyle potrafią bracia O....k unikajcie tych gabinetów .......

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3