Marek Goczał: Na mecie najpierw szukam żony i syna. Bez rodziny Dakar nie miałby sensu

Tomasz Biliński
Tomasz Biliński
Marek Goczał: Na mecie najpierw szukam żony i syna. Bez rodziny Dakar nie miałby sensu
Marek Goczał: Na mecie najpierw szukam żony i syna. Bez rodziny Dakar nie miałby sensu Materiały prasowe Cobant Energylandia Rally Team
Udostępnij:
- Start w Dakarze to najpiękniejszy moment w karierze, a wygrane etapy są spełnieniem marzeń - przekonuje Marek Goczał, kierowca jeden z dwóch załóg Cobant Energylandia Rally Team na Dakarze. W parze z Łukaszem Łaskawcem po siedmiu etapach zajmuje w klasie SSV szóste miejsce, ale już aż pięć razy stał na podium etapu.

Polskie podium na trzecim etapie i prowadzenie od startu do mety podczas szóstego odcinka to najpiękniejsze momenty w Pana dotychczasowej karierze rajdowej?
Inaczej - przede wszystkim start w Dakarze jest moim najpiękniejszym momentem w dotychczasowej karierze. Natomiast wygranie etapów trzeciego, szóstego, a także prologu, to spełnienie moich marzeń. Tyle że cel z moim pilotem Łukaszem Łaskawcem mamy bardziej ambitny. Chcemy wygrać Dakar. Co prawda trochę namotaliśmy, zwłaszcza na pierwszym odcinku, i dużo czasu straciliśmy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by dalej walczyć. Nawet jeśli nie uda nam się wygrać rajdu, to postaramy się stawać na najwyższym stopniu podium po każdym z pozostałych odcinków.

Prowadzenie po prologu wywierało presję? Na pierwszym etapie urwaliście koło, po spadku w „generalce” wróciliście do zajmowania czołowych miejsc.
Faktycznie miałem z tym bardzo duży problem, bo chciałem za wszelką cenę wygrać. Popełniłem błąd, który kosztował nas godzinę. W tamtym momencie stwierdziłem, że nie będę już jechać z myślą o wygranej, nie będę zastanawiał się, który będę na mecie. Po prostu jadę dla siebie, żeby przeżyć przygodę, jaką jest Rajd Dakar. Tak jak lubię i umiem.

Klasa SSV nie jest tak popularna, jak samochody czy motocykle. Czemu postawił Pan na lekkie pojazdy?
To najszybciej rozwijająca się kategoria na świecie. Rok temu na Dakarze wystartowało trochę ponad 40 pojazdów, a w tym rywalizuje ich ponad 100. Już to pokazuje, jak bardzo ta klasa się rozwija. Poza tym mamy w niej duży kompromis, jeśli chodzi o stosunek ceny do jakości. Uważam, że lekkie pojazdy mają ogromną przyszłość, bo dają dużo więcej zabawy niż auta T1. Miałem okazję takim jeździć, ale SSV bardziej przypadł mi do gustu. Fajnie można nim polatać, choć nie za wysoko, bo można koło urwać, jak to zrobiliśmy!

Wyglądają niepozornie, ale moc mają dużą i trudniej nimi jeździć niż samochodami.
Moim zdaniem jest właśnie odwrotnie. W T1 trzeba się napocić, żeby ogarnąć wszystkie elementy, które składają się na dobrą jazdę. Natomiast samochody lekkie są dla każdego. Proponuję nawet wypożyczyć takiego i pojeździć na wyznaczonym do tego terenie. Naprawdę zabawy jest z tego tyle, że jak ktoś się raz przejedzie, to się w tych pojazdach zakocha.

Na mecie najpierw sprawdza Pan swój czas czy interesuje się jak radzi sobie młodszy brat Michał, który z Szymonem Gospodarczykiem po pierwszym tygodniu zajmował trzecie miejsce?
Przede wszystkim szukam żony i syna! To mój główny cel po wyjściu z auta. Od nich dowiaduję się, jak nam poszło. Resztę wyników zwykle sprawdzam podczas dojazdówki na biwak, o ile wszyscy albo chociaż większość ukończyła etap. Często się zdarza, że zjeżdżamy pierwsi i nie mamy się do kogo porównać.

Swoją drogą, Pana żona Agata jest menadżerem Cobant Energylandia Rally Team, a syn Eryk mechanikiem. Dakar dla Pana to także rodzinna przygoda.
Rodzina jest w tym wszystkim najważniejsza, bez ich wsparcia to nie miałoby dla mnie sensu. Nie chciałbym przyjechać na metę, na której nikt by na mnie nie czekał.

Co najbardziej zaskoczyło Pana na tegorocznym Dakarze?
Sytuacja, w której urwałem koło. Skakałem z wyższych wydm i nic się nie działo, a tutaj pojawił się ogromny problem. To mój wyrzut sumienia. Żałuję tego, ale nie ma już co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba wyciągnąć wnioski. Czego Jaś się nauczy, to Jan będzie umiał. Postaramy się wyciągnąć z reszty rajdu tyle, ile się da.

Z jakim nastawieniem przystępujecie do drugiego tygodnia - Forma jest? Ze sprzętem nie ma problemów?
Nie ma żadnych problemów. W sobotę mieliśmy dzień odpoczynku, 90 proc. Mavericka, którym jedziemy, zostało wymienione. Właściwie została tylko klatka i silnik. Założenie mamy takie, jak do tej pory. Jechać jak lubimy i potrafimy i wygrywać odcinki. Zobaczmy, co z tego wyjdzie. Dakar już nie raz pokazał, że jest nieprzewidywalny i w jednej chwili sytuacja może się wywrócić do góry nogami. Wiem, że równie dobrze możemy być w czołówce, jak i znaleźć się na szarym końcu. Przekonał się już o tym Aron (Domżała), który jednego dnia został liderem, a drugiego - chcąc uniknąć wypadku uszkodził swój pojazd - stracił sześć godzin.

JUŻ IDZIESZ? MOŻE CIĘ ZAINTERESUJE:

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Mistrzostwa w Polsce zwiększą popularność strzelectwa i rugby

Wideo

Materiał oryginalny: Marek Goczał: Na mecie najpierw szukam żony i syna. Bez rodziny Dakar nie miałby sensu - Sportowy24

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
A covid-srowid to tam jest, czy mają spokój od tej wszechobecnej paranoi?
Przejdź na stronę główną Echo Dnia Podkarpackie
Dodaj ogłoszenie