Paweł Rybak - legendarny obrońca Stali Stalowa Wola w...

    Paweł Rybak - legendarny obrońca Stali Stalowa Wola w szczerej rozmowie o mocnym zabarwieniu piłki nożnej

    Bartosz MICHALAK

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    W 2009 roku Paweł Rybak jako trener wprowadził piłkarzy z Turbii do IV ligi.

    W 2009 roku Paweł Rybak jako trener wprowadził piłkarzy z Turbii do IV ligi. ©Witold Kaczmarczyk - Nowiny

    Jako piłkarz uczestniczył we wszystkich trzech awansach Stali Stalowa Wola do I ligi! Jako trener obecnie poświęca się pracy z młodzieżą. Jako szczęśliwy mąż i ojciec bardzo dumny jest ze swoich trzech córek, które jak sam twierdzi są dla niego najważniejsze.
    W 2009 roku Paweł Rybak jako trener wprowadził piłkarzy z Turbii do IV ligi.

    W 2009 roku Paweł Rybak jako trener wprowadził piłkarzy z Turbii do IV ligi. ©Witold Kaczmarczyk - Nowiny

    Bartosz Michalak: - Spędził Pan w klubie z Hutniczej nieprzerwanie ponad 20 lat. Było Panu w tym klubie tak dobrze czy po prostu zabrakło odwagi lub okazji do transferu?

    Paweł Rybak: - Okazji nie brakowało. Szczególnie konkretny był kiedyś Hutnik Kraków grający jeszcze na I-ligowych boiskach. Trenerem krakowian był dobrze mi znany Piotr Kocąb. Prawdopodobnie chodziło mu o stworzeniu duetu stoperów, w którym jeden byłby "wieżowcem", a drugi bardziej zwrotnym i mocno trzymającym się na nogach zawodnikiem.
    Tym wysokim był wówczas Kaziu Węgrzyn. Dlaczego nie zdecydowałem się na transfer? Przyznaję, że kusiło. Mimo wszystko nie żałuję, że zdecydowałem się tutaj zostać. W Stali miałem wszystko czego było mi trzeba. Poza tym nie ukrywam, że byłem i wciąż jestem mocno związany ze Stalową Wolą. Uwierz mi, że w "Stalówce" chciało grać w pewnym momencie pół Polski.

    Trener Adam Musiał niedawno powiedział mi w kuluarach rozmowy, że Wisła Kraków kiedyś mogła pomarzyć o takich warunkach finansowych jakie panowały w Stali. Było tutaj aż takie finansowe eldorado?

    Skoro powiedział ci to taki gość jak Musiał to odpowiedź już znasz. Jeszcze w latach 90. w hucie pracowało grubo ponad 10 tysięcy ludzi! Miasto dzięki temu prosperowało znakomicie. W "Stalówce" piłkarz mógł liczyć na bardzo dobre warunki finansowe, okazjonalne talony na samochód i otrzymanie mieszkania.

    Pan razem z Wojciechem Nieradką uczestniczył we wszystkich trzech awansach Stali Stalowa Wola do I ligi. W młodej głowie "zaszumiało" pewnie trochę…

    Ta odpowiedź pewnie cię nie zadowoli, ale: nie. Mimo, że pochodzę z niewielkiej Dąbrowy Rzeczyckiej i w wieku 20 lat mogłem już liczyć na stałe, całkiem wysokie zarobki to "sodówki" nie było. Tak wychowali mnie rodzice za co jestem im bardzo wdzięczny.
    A ja słyszałem, że gdziekolwiek by się Pan nie wybierał to zawsze… taksówkami.
    (śmiech) Tylko ze szkoły do domu i następnie na trening. Jako nastolatek uczyłem się w Stalowej Woli i tutaj rzecz jasna trenowałem, a także mieszkałem w internacie. Ale, że moja mama świetnie gotowała i wciąż gotuje, to zaraz po szkole wsiadałem w "taryfę" i wędrowałem na obiad. Z prywatnych pieniędzy, lecz naprawdę warto było "zainwestować" parę złotych, żeby zjeść coś pysznego w rodzinnym domu.

    Podobno był z Pana również niezły… DJ. To prawda, że miał Pan nawet własną kulę dyskotekową?

    (śmiech) Serio, nie wiem jakich masz informatorów, ale to plotki. Gdzie ja i dyskoteki?! Z tą kulą sytuacja wyglądała w ten sposób, że mieszkałem bardzo blisko Domu Ludowego w Dąbrowie. Tam zawsze odbywały się dyskoteki, a żeby nierzadko "wstawione" towarzystwo nie niszczyło akcesoriów po imprezie to takową kulę przetrzymywałem u siebie w pokoju. Jako DJ nie miałem okazji się sprawdzić (śmiech). Raz tylko…

    (śmiech) Czyli jednak.

    Raz tylko wyprosiłem towarzystwo z sali, bo nikt nie miał biletu. To był mój jedyny kontakt z mikrofonem na dyskotekach. Zaskoczyłeś mnie z tym pytaniem.

    Zostawmy to (śmiech). Przeżył Pan w Stalowej Woli bardzo dużą ilość… trenerów. Proszę mi wskazać tych, których darzył Pan największym szacunkiem i tych, którzy z różnych względów Panu nie pasowali.

    Zawsze miło będę wspominał Mariana Geszke, Piotra Kocąba, Władysława Szaryńskiego i Włodzimierza Gąsiora. Pierwszy z wymienionych wprowadził mnie do pierwszej drużyny Stali. Wszystkich cenię za warsztat trenerski i podejście do zawodnika. Nowinki techniczne były specjalnością Kocąba, u którego każdy trening był dla piłkarza ciekawy. Natomiast najmniej sentymentu mam do Czesława Palika i Zbigniewa Lepczyka. Pierwszy praktycznie dwukrotnie uciekł z tak zwanego tonącego okrętu, a z drugim panem pamiętam, że miałem nawet kiedyś ostrą "pogawędkę".

    O co kłócił się Pan z trenerem Lepczykiem?

    Miałem po prostu swoje zdanie. Cały okres przygotowawczy grałem u niego jako podstawowy obrońca. W pierwszym ligowym spotkaniu posadził mnie jednak na ławce sugerując, że… nie pasuję mu do taktyki. To była śmieszna wymówka i jak się okazało później… prawie pół roku mojego siedzenia na ławie. Następnie tego pana na Hutniczej już nie było, a ja wróciłem do podstawowej jedenastki.

    Potrafiłby Pan wymienić najlepszą według Pana "jedenastkę" w historii Stali Stalowa Wola?

    Jurek Rogoziński - Wiesiek Pędlowski, Wojtek Niemiec, Mirek Mścisz, Janusz Weselak - Artur Kopeć, Krzysiek Bzdyra, Krzysiek Strzelec, Bogdan Kawecki - Darek Sajdak, Janusz Mulawka. W roli szkoleniowca wybrałbym Mariana Geszke.

    W I lidze rozegrał Pan w sumie 87 spotkań strzelając 4 bramki. Którą z nich najbardziej Pan pamięta?

    Tę z sezonu 1993/94, zdobytą w Krakowie z rzutu karnego. Zremisowaliśmy wówczas z Hutnikiem 1:1. Pamiętam, że nikt nie chciał podejść do podyktowanej przez arbitra "jedenastki". Po chwili zastanowienia wziąłem futbolówkę w ręce i mogłem cieszyć się ze swojej premierowej bramki w I lidze. W tamtym sezonie pod wodzą trenera Adama Musiała spokojnie utrzymaliśmy się na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce.

    Trener Musiał wspomina Pana jako bardzo solidnego obrońcę i takiego przysłowiowego "plastra", który nigdy nikomu nie odpuszczał.

    Moje początki pracy z Adamem Musiałem paradoksalnie nie były najlepsze. Dziwiłem się, ponieważ zawsze wydawało mi się, że stylem gry przypominałem właśnie tego wybitnego polskiego piłkarza. Pomijając fakt, że jestem podobnego wzrostu co on (śmiech). Na szczęście z czasem wywalczyłem sobie u trenera Musiała miejsce w podstawowym składzie i tak już zostało. Powiem tak: warsztat trenerski, autorytet i doświadczenie Musiał miał ogromne, ale brakowało mu zimnej głowy. Straszny nerwus, którego kibice w Stalowej Woli kochali.

    Żeby nie było zbyt miło. Pamięta Pan piłkarzy, którym udało się Panem niemiłosiernie "zakręcić" na boisku?

    (śmiech) Powiem ci nazwiska zawodników przeciwko którym grało mi się bardzo ciężko. W Poznaniu z Lechem grałem na Mirka Trzeciaka. Przegraliśmy wówczas 3:0. Pamiętam, że Mirek strzelił wtedy jednego gola. Mówiąc po piłkarsku: kawał gracza! Jako drugiego wymienię świętej pamięci Henryka Bałuszyńskiego. Czołowy piłkarz Górnika Zabrze w latach 90., który po naszym mocnym starcie w I lidze w sezonie 1994/95 dość skutecznie ściągnął nas w Zabrzu na ziemię…

    Najbardziej przykra sytuacja z ponad 20-letniego pobytu w klubie.

    Rozwalony staw skokowy w prawej nodze. Graliśmy w II lidze w Tarnowie z Unią i po tym meczu zamiast cieszyć się z kolegami ze zwycięstwa, zastanawiałem się ile będę musiał nosić gips. To był najpoważniejszy uraz i jego leczenie zajęło mi sporo czasu.

    Co dzisiaj robi Paweł Rybak?

    Pracuje jako kierowca w Wodexie i szkoli młodzież z rocznika 2000 w klubie.

    Praca z młodzieżą satysfakcjonuje Pana?

    Zdecydowanie tak. Bardzo chciałbym, żeby kilku z moich chłopców przebiło się kiedyś do poważnej seniorskiej piłki. Pewnie jest to marzenie każdego z młodzieżowych trenerów w Polsce, ale biorąc pod uwagę jak duży jest przeskok pomiędzy piłką juniorską a seniorską to byłby to mój duży trenerski sukces. Niedawno zdobyłem w Krakowie papiery trenerskie II klasy A i ciągle mam zamiar powiększać swoją wiedzę na temat trenerki.

    Co ciekawe każda z Pana córek była, bądź wciąż jest ściśle związana ze sportem.

    Obecnie przy sporcie pozostała najmłodsza Ola, która ostatnio nawet startowała w Olsztynie na mistrzostwach Polski w pływaniu w kategorii juniorek. Od początku tego roku szkolnego chodzi do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Oświęcimiu. Według trenerów ma spory talent do pływania… Zobaczymy - na razie jest jeszcze bardzo młoda, musi skończyć gimnazjum, ale jeśli pływanie sprawia jej radość to i ja z tego powodu jestem szczęśliwy. Natomiast Karolina i Monika jak sam wiesz przez lata były związane z tenisem stołowym. Wysportowane dziewczyny. Pierwszą w przyszłym roku czeka matura, a Monika pracuje i studiuje w Krakowie. Nie ma co ukrywać, że razem z moją kochaną żoną jesteśmy bardzo dumni z naszych córek.

    Na koniec: Pana zdaniem młodzi mają dzisiaj łatwiej, żeby zostać profesjonalnymi piłkarzami niż załóżmy 30 lat temu?

    Ciężko powiedzieć. Z jednej strony mogę rzec, że tak, ale ogromna ilość pokus, która na nich obecnie czeka powoduje, że od razu jestem skłonny stwierdzić, że zdecydowanie nie. Widzisz w moich czasach rarytasem było jak ktoś miał kolorowy telewizor. Dlatego moje pokolenie cieszył fakt, że można było oglądnąć w telewizji mecz Widzewa i przy okazji zobaczyć zieloną trawę zamiast tylko czarno-białych widoków.

    Dzisiaj za grę w Stali talonu na samochód lub mieszkania raczej się nie dostanie, nie wspominając już o bardzo niskich w porównaniu do tych dawnych wysokościach kontraktów.

    Poziom piłkarski również jest inny… Zostawmy to jednak. Moim zdaniem wszystko zależy od pojedynczej jednostki i przede wszystkim charakteru młodego człowieka, który oprócz talentu albo ma ambicję oraz szczerą motywację do pracy, albo zadowoli się jakimś jednym dobrym meczem i na tym kończy swoją "karierę". Rozmawiałem ostatnio z Wojtkiem Klichem (ojciec reprezentanta Polski Mateusza - red.) i wiem, że jego syn takowy charakter posiada. Potwierdził to już jako bardzo młody chłopak, kiedy przebojem wdarł się do pierwszej drużyny Cracovii. Następnie w Niemczech gdzie, jak śmiał się czasami Wojtek, po treningach z Felixem Magathem (były szkoleniowiec VfL Wolfsburg - red.) z powodów zakwasów "wchodził tyłem po schodach", czy dzisiaj kiedy swoją grą w Zwolle podbija ligę holenderską i kto wie czy za chwilę nie trafi do jakiegoś mocniejszego klubu. Rocznik 1990, pokus pewnie było i wciąż jest wiele, ale dla niego na pierwszym miejscu zawsze jest piłka. Taka postawa zawsze procentuje.

    Czytaj treści premium w Echu Dnia Plus Podkarpackim

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Wideo

    Galerie zdjęć

    Zobacz koniecznie:

    Grzyby jadalne i trujące [Przykładowe zdjęcia]

    Grzyby jadalne i trujące [Przykładowe zdjęcia]

    Symphonica 2 Rock of Poland. Największe hity polskiej muzyki rockowej lat 80!

    Symphonica 2 Rock of Poland. Największe hity polskiej muzyki rockowej lat 80!