Po 17 latach wywalczył gigantyczne odszkodowanie - 35...

    Po 17 latach wywalczył gigantyczne odszkodowanie - 35 milionów złotych

    Marcin RADZIMOWSKI radzimowski@echodnia.eu

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    Cegielnia w Chmielowie została rozkradziona. Złodzieje pozabierali wszystko to, co można spieniężyć w punkcie skupu złomu.

    Cegielnia w Chmielowie została rozkradziona. Złodzieje pozabierali wszystko to, co można spieniężyć w punkcie skupu złomu. ©M. Radzimowski

    Milioner koczuje w baraku. Tu ma chociaż prąd, bo w domu energetycy odcięli. - Kto mi zwróci siedemnaście lat życia? - pyta, płacząc jak dziecko.
    Cegielnia w Chmielowie została rozkradziona. Złodzieje pozabierali wszystko to, co można spieniężyć w punkcie skupu złomu.

    Cegielnia w Chmielowie została rozkradziona. Złodzieje pozabierali wszystko to, co można spieniężyć w punkcie skupu złomu. ©M. Radzimowski

    Psychiczny wrak, a jednak przepełniony ogromną nadzieją. Współczesny Dawid, który dzięki ogromnej determinacji zdołał pokonać Goliata.

    6 marca 2009 roku. "Sąd Apelacyjny w Rzeszowie, po rozpoznaniu pozwu przeciwko Powszechnemu Zakładowi Ubezpieczeń Spółka Akcyjna, zasądza tytułem odszkodowania na rzecz powoda kwotę 35 milionów złotych…".

    Kiedy sędzia odczytywał wyrok, na twarzy 64-letniego mężczyzny nie pojawił się nawet uśmiech.
    Z trudem dusił w sobie łzy. Poczuł tylko ulgę, wiara w sprawiedliwość go nie zawiodła. - Nigdy nie zwątpiłem. Wierzyłem, że sprawiedliwość w końcu zwycięży. W sądzie w Rzeszowie sprawiedliwość znalazła swoje miejsce - mówi mielczanin.

    PIERWSZY CIOS ZADAŁ ŻYWIOŁ

    7 sierpnia 1992 roku. Wtedy miał swój początek życiowy dramat pana Krzysztofa (imię zmienione na prośbę zainteresowanego). Około godziny 18 kłęby dymu spowiły niebo nad Chmielowem koło Tarnobrzega. Płonął tartak.

    - Zobaczyłem ogromny słup dymu i ogień. Dym był tak duży, że było widać aż w Staszowie, choć to czterdzieści kilometrów - wspomina Marek Tomczyk, wówczas komendant Ochotniczej Straży Pożarnej w Chmielowie.

    Drewniana wiata tartaku z dachem pokrytym papą i składowisko tarcicy, płonęły jak pochodnia. Wiał wiatr, dlatego ogień przemieszczał się w zastraszającym tempie - z pożogą walczyło aż dwadzieścia jednostek strażackich.

    - Nigdy wcześniej ani później nie widziałem chyba tak wielkiego pożaru obiektu. Ogień szedł stąd, w tamtą stronę - dodaje strażak, pokazując zarośnięte trawą miejsce, gdzie kiedyś był tartak.

    Pan Krzysztof nie był właścicielem tartaku, do niego należał wybudowany obok zakład ceramiki budowlanej. Płonący dach tartaku dochodził do budynku cegielni, ogień przeniósł się z tartaku na sąsiedni budynek.

    - Pożar objął jedną trzecią mojego zakładu. Tam były nowoczesne maszyny, przygotowywałem się do produkcji dachówki i wysokiej gatunkowo cegły - wyjaśnia pan Krzysztof. - Przez kilka lat to przygotowywałem, do uruchomienia produkcji zabrakło trzy, cztery miesiące

    NA CHŁOPSKI ROZUM

    Przedsiębiorca - bankrut przynosi płaskie kawałki wypalonej gliny. Kilka barw, na każdym kawałku nabite jakieś numery.

    - To próbki dachówki z gliny pozyskanej w kopalni w Chmielowie. To jakościowo bardzo dobry surowiec, wręcz idealny. Proszę popatrzeć, jaka struktura - pokazuje.
    O glinie, cegle i dachówkach mówi z ogromną pasją. Odnoszę wrażenie, że tylko wtedy na chwilę zapomina o ostatnich 17 latach walki o sprawiedliwość.

    - Jak wyliczyli biegli, zakład w Chmielowie produkowałby rocznie 18 milionów sztuk dachówki i osiem milionów cegły. Praca dla około stu osób - dodaje. - To jakieś dwadzieścia procent rynku producentów dachówki w Polsce.

    Z półki zdejmuje dwa segregatory. W jednym korespondencja z firma ubezpieczeniową i dokumenty z sądu, w drugim kilkanaście wezwań komorniczych. Drugi "zbiór" to efekt pierwszego. Mężczyzna sięga po tabletkę, ostatnie kilkanaście lat zszargało mu nerwy.

    - Zakład nie był ubezpieczony od pożaru, ale biorąc na chłopski rozum, odszkodowanie za poniesione straty powinien mi wypłacić sprawca - kontynuuje pan Krzysztof. - Biegli w trzech opiniach uznali, że pożar wybuchł w tartaku, więc moją szkodę powinien wyrównać ubezpieczyciel tartaku, Powszechny Zakład Ubezpieczeń.

    TO WSZYSTKO SĄ LUDZIE

    Największa firma ubezpieczeniowa w Polsce, gigant, którego skrótem błędnie określane są często ogólnie wszystkie inne firmy ubezpieczeniowe, nie miał jednak zamiaru płacić.

    Sprawa pana Krzysztofa najpierw trafiła do inspektoratu w Tarnobrzegu, później przekazano ją do Lublina, kolejnym przystankiem był Rzeszów, aż wreszcie naprzeciw systematycznie popadającego w długi przedsiębiorcy, stanęła sama centrala - PZU w Warszawie.

    - Mówi się, że sąd wydał wyrok, że PZU nie chciało zapłacić. Ale to nie są instytucje, za wszystkim stoją konkretni ludzie, to ludzie podejmują decyzje - podkreśla mieszkaniec Mielca. - Nie mówię, że wszyscy z zakładu byli mi nieżyczliwi. Tak, niektórzy wręcz kpili ze mnie, widziałem głupie uśmiechy. Ale byli też ludzie rozumiejący moją sytuację, jak choćby pan Żak, czy pani Załęska.

    Mielczanin wierzył w to, że w miarę szybko PZU wypłaci mu odszkodowanie. W trzy lata po pożarze było już bardzo blisko zawarcia ugody, podobno wszystko już było dogadane. Nie czekając na pieniądze, przedsiębiorca z posiadanych pieniędzy - także z zaciągniętych kredytów, odbudowywał cegielnię w Chmielowie.

    - Ktoś znający się na temacie wie, że aby cegielnia tego typu nie popadła w ruinę, trzeba na przykład odwadniać kopalnię gliny - mówi. - Tego, co nie zostało zniszczone przez ogień i to co kupiłem, też ktoś musiał pilnować. To były koszty.
    Przedsiębiorca chciał jak najszybciej odbudować Chmielów (tak określa zakład w tej miejscowości) i rozpocząć produkcję. Wciąż czekał na pieniądze z PZU, w tym czasie jego konto zaczęło już świecić pustką.

    STAŁEM SIĘ BANKRUTEM

    - Mijały kolejne miesiące, a ja czekałem na moje pieniądze. Wtedy byłem jeszcze wypłacalny, nie miałem zobowiązań wobec nikogo - pan Krzysztof znów zalewa się łzami.


    Wreszcie przedsiębiorca wiedząc, że PZU z własnej woli nie wypłaci pieniędzy, wstąpił na drogę sądową. Postanowił walczyć z gigantem, co przez wielu jego znajomym przypominało atak z motyką na księżyc. Ale pan Krzysztof miał i nadal ma ogromna wiarę w sprawiedliwość. Wtedy nie wiedział, że będzie musiał czekać aż siedemnaście długich lat! - Gdybym wtedy wiedział, jak długo to będzie trwało, być może inaczej bym wszystko zrobił - dodaje.

    W tamtym czasie przedsiębiorca oprócz "Chmielowa" miał także cegielnię w Skopaniu koło Tarnobrzega i w Mielcu. Ogromne pieniądze na odbudowę zakładu w Chmielowie, na koszty procesu (kilka opinii biegłych) - szacowane na około milion złotych, narastające odsetki od kredytów, zrobiły jednak swoje.

    - Na łopatki rozłożył mnie zakład energetyczny. Moje zadłużenie urosło do 450 tysięcy złotych, później doszły odsetki i kwota urosła do siedmiuset tysięcy - wspomina mielczanin. - A to nie był prąd, który zużywałem w Chmielowie, bo zakład stał. Musiałem płacić za zamówioną moc 250 kilowatów, czyli za to, że taki prąd był doprowadzony do cegielni. Wtedy miałem nadzieję, że produkcja lada miesiąc ruszy. Dlatego nie odcinałem energii. Zresztą przecież światło jakieś musiało się palić, żeby złodzieje nie przychodzili.

    BIZNESMEN W BARAKU

    Pojawiły się sądowe nakazy zapłaty, komornik zaczął pukać do drzwi. Zakład energetyczny wreszcie odciął dopływ energii. Nie tylko do cegielni w Chmielowie, ale też do tej w Skopaniu i Mielcu. Prąd wyłączono także w domu właściciela cegielni, w niewielkiej wsi pod Mielcem.

    Wtedy pan Krzysztof musiał wyprowadzić się z domu, zamieszkał ze swoja partnerką życiową w budynku biurowym na terenie cegielni w Mielcu. To właściwie taki murowany barak.

    - Tutaj mieszkam, a właściwie koczuję. Musiałem. Tutaj chociaż prąd jest podłączony, bo "stoi" to na moją księgową, więc zakład nie odetnie - drżącymi rękami pan Krzysztof zakrywa twarz. Znowu płacze.

    Odcięcie prądu automatycznie wykończyło cegielnię w Skopaniu, resztę zrobili złodzieje. Od 1995 roku rozkradziono wszystko, co można było spieniężyć w punkcie skupu złomu.

    Podobny los spotkał odbudowywany po pożarze zakład w Chmielowie. Złodzieje wykorzystywali fakt, że cegielnia tonęła w ciemnościach, systematycznie rozkradając to, co w niej było. 60 specjalnych silników elektrycznych z suszarni, 60 metrów sześciennych tarcicy dębowej, w sumie tony stali i aluminium.

    - Rozkradziona została jedna linia technologiczna, a druga została ukradziona cała. Złomiarze rozebrali i sprzedali na złom agregat prądotwórczy wart kilkaset tysięcy złotych, za pozyskany metal dostali może dwa tysiące - wylicza przedsiębiorca.
    Jak kiepski żart brzmi na przykład to, że pan Krzysztof niekiedy w punkcie skupu złomu kupował rzeczy, skradzione z jego cegielni. Bywało, że złodzieje kradli dwa razy te same przedmioty!

    Obecnie nie działa także cegielnia w Mielcu (podobnie jak ta w Skopaniu, mniejsza od "Chmielowa"). Na placu stoi kilka ciężarówek - wywrotek, koparka.
    - Mieszkam tutaj, to pilnuję tego, co mi zostało - pokazuje przez okno pan Krzysztof. - Mam psy, ale i je ktoś mi próbował otruć. Złodzieje? A może komuś po prostu zależało, abym się poddał? Nie wiem.

    W CHMIELOWIE
    CEGIELNIA RUSZY


    64-letni mężczyzna jest pełen wiary w to, że "Chmielów" zacznie produkować dachówkę i cegłę klinkierową. Jest zdeterminowany tak jak przez ostatnie 17 lat. Przekonuje, że nigdy nie zwątpił. - Ja się nie poddam, bo mam swój cel w życiu. Za dwa lata, może wcześniej, w Chmielowie ruszy produkcja - zapewnia mielczanin.
    Kiedy rozmowa schodzi na temat wyrobów z gliny, pan Krzysztof się ożywia. Znów zapomina o sądowych potyczkach o odzyskanie swoich pieniędzy, snuje plany na przyszłość. - Trzeba wypompować wodę z wyrobiska, a to powierzchnia siedmiu hektarów. Potem zbierze się śmieci i ziemię na głębokości około metra. Tam dopiero jest czysty surowiec, glina - wyjaśnia. - Przez trzy lata powinno się sezonować surowiec, wtedy jest najlepsza jakość wyrobów.

    Decyzją rzeszowskiego sądu Powszechny Zakład Ubezpieczeń musi wypłacić przedsiębiorcy 35 milionów złotych. To odszkodowanie za straty wynikłe wskutek pożaru oraz korzyści utracone - to, co pan Krzysztof by zarobił przez te wszystkie lata, a czego nie zarobił.

    Czy to dużo pieniędzy? Nie, biorąc pod uwagę jedną z opinii, w której biegli wycenili wartość szkody na sto milionów. Gdyby PZU od razu wypłacił odszkodowanie, kwota roszczeń byłaby znacznie mniejsza - majątek nie został jeszcze rozkradziony, utracone korzyści też były mniejsze.

    MILIONY "UTOPI"
    W GLINIE


    - Ludzie nie rozumieją tego, że nikt mi nie da fortuny. To są po prostu moje pieniądze, które straciłem, a które firma ubezpieczeniowa ma mi oddać - zauważa przedsiębiorca. - To zresztą tylko część, jedna trzecia strat wyliczonych przez biegłych. Sąd związany jest przepisami kodeksu, dlatego nie mam żalu. A ciężko udowodnić, że przez te wszystkie lata zakład produkowałby na pełnych obrotach.
    Pan Krzysztof wie, co zrobi z pieniędzmi. Nie będzie żył z odsetek, nie kupi rezydencji w Paryżu, nie przehula na wycieczki i drogie auta. Będzie pracował, tak, jak pracował dotychczas. Modernizacja obiektu w Chmielowie pochłonie całe odszkodowanie. - Zapraszam za dwa lata, to pokażę dachówkę chmielowską - mówi.

    Nie sposób nie zadać rozmówcy jeszcze jednego pytania. O firmę, w której ubezpieczy cegielnię… - Jeszcze nie wiem, ale niczego nie wykluczam. Moi rodzice ubezpieczali się w PZU, ja też całe życie ubezpieczam się w PZU, po dziś dzień - mówi, ku mojemu zaskoczeniu. - Nawet po tych wszystkich doświadczeniach z szacunkiem podchodzę do nazwy PZU…

    Czytaj treści premium w Echu Dnia Plus Podkarpackim

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (22)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (22) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Studniówki

    Wideo