reklama

Roman Prawica, legendarny koszykarz Stali Stalowa Wola, o niezwykłych życiowych przygodach

Bartosz MichalakZaktualizowano 
Roman Prawica przez 9 sezonów z powodzeniem grał ze Stalówką na poziomie ekstraklasy.
Roman Prawica przez 9 sezonów z powodzeniem grał ze Stalówką na poziomie ekstraklasy.
Legendarny koszykarz Stali Stalowa Wola, wielokrotny reprezentant Polski, a także trzykrotny wicemistrz kraju w barwach Anwilu Włocławek opowiedział nam między innymi o kulisach zwolnienia go ze Stali, problemach z sercem przez które wydawało się, że nie będzie mógł uprawiać sportu, podejrzanie przerwanej transmisji meczu w Telewizji Polskiej, stosunku do polityki. Wyjaśnił też w jaki sposób można ukończyć szkołę, będąc w niej… gościem.

I zapomniał Pan o tych zdjęciach, o które Pana prosiłem…

Przeszukałem dom, ale nie znalazłem nic szczególnego. Kiedyś nie było tak jak teraz, że w każdej chwili można sobie pstryknąć tak zwaną fotkę z ręki i momentalnie ją wrzucić na komputer. Jakoś będziesz musiał to przeżyć (uśmiech). Przeszłość jest ważna i lubię do niej wracać, ale zawsze najważniejsza była dla mnie regularna gra oraz to co tu i teraz. Oglądanie jakiś zdjęć z czasów mojej gry w reprezentacji młodzieżowej bądź tej seniorskiej nic by nie wniosły do naszej rozmowy…

W takim razie przechodzimy do konkretów. Co dzisiaj łączy Pana z klubem Stal Stalowa Wola?

(uśmiech) Od razu mówię, że gazety na mnie nigdy nie zarabiały i pewnie już nie będą zarabiać. Nie szukam kontrowersji, nie żalę się. Odpowiadając na pytanie: bardzo miłe wspomnienia, zwycięstwa, porażki i przede wszystkim wspaniali kibice. To by było na tyle…

Ja też nie szukam kontrowersji, po prostu pytam. W jaki sposób pożegnano się z Panem w klubie?

Zwyczajnie. Prezes Leszek Kaczmarski przekazał mi informację, że wobec ogromnych problemów finansowych, nie ma już środków na moje utrzymanie. Z tym, że ja już nie byłem zawodnikiem Stali. Po zakończeniu gry objąłem w klubie grupę młodzieżową. Prowadziłem nabór chłopaków z rocznika 1998.

Stwierdzenie "nie było środków finansowych" brzmi co najmniej jakby chodziło o dziesiątki tysięcy złotych. Dobrze wiemy, że za pracę z młodzieżą otrzymuje się stawki, które równie dobrze można otrzymać za układanie towaru w Tesco…

Widocznie zabrakło i takich pieniędzy na moje utrzymanie. Był żal, 2-3 dni bardzo nerwowe, podczas których pewnie udzieliłbym dużo bardziej wyrazistego wywiadu (uśmiech). Na szczęście to już przeszłość.

Popytałem ludzi o tę sytuację i wychodzi na to, że… trochę mnie Pan okłamuje.

(uśmiech) Nie rozumiem. Co tam masz na mnie?

To prawda, że Pan jako trener w Stali został zatrudniony mając II grupę niepełnosprawności, którą dostał Pan po fatalnej kontuzji kolana pod koniec kariery? To by oznaczało, że tak naprawdę nic Pan klubu nie kosztował…

Dokładnie tak. Może bardziej brakło chęci współpracy ze strony klubu, bo na moje miejsce zatrudniono przecież inną osobę… Nie chcę do tego wracać. Mimo tej przykrej dla mnie sytuacji, gdziekolwiek jestem zawsze z dumą powtarzam, że jestem wychowankiem Stalówki! To jak mnie później potraktowano, to zupełnie inna sprawa…

Z perspektywy czasu nie żałuje Pan, że nie zdecydował się na wcześniejszą wyprowadzkę ze Stalowej Woli?

Nie. Takie gdybanie nie ma sensu. Zwróć uwagę, że Stal w latach 90. ciągle grała w najwyższej klasie rozgrywkowej. W sumie zagrałem w Stali 9 sezonów na tym poziomie. Owszem, pojawiały się propozycje z różnych klubów, ale tutaj niczego mi nie brakowało. Konkretni w pewnym momencie byli działacze Bobrów Bytom, ale ostatecznie do transferu nie doszło.

Ale w końcu, w 1998 roku, zdecydował się Pan na transfer do Anwilu Włocławek. Spędził Pan na Kujawach 5 lat. Najpierw spytam banalnie: jaki to był dla Pana czas?

Bardzo udany. Regularna gra w mocnej drużynie, do której co chwila ściągani byli coraz to lepsi gracze. Trzykrotnie sięgnęliśmy po wicemistrzostwo Polski, co uważam za sukces. Głównie rywalizowaliśmy wtedy ze Śląskiem Wrocław.

Potwierdzi Pan plotki, że nie mieliście szans z wrocławianami, ponieważ sędziowie w decydujących starciach zawsze gwizdali pod nich?

Nie potwierdzę, ale też nie zaprzeczę. Pamiętam taką dziwną sytuację, kiedy graliśmy trzeci mecz "play off" we Wrocławiu i na około 3 minuty do końca meczu prowadziliśmy chyba 10 punktami. Wydawało się, że jesteśmy blisko sukcesu, ale w trakcie tych 3 ostatnich minut seria niekorzystnych decyzji arbitrów spowodowała, że straciliśmy prowadzenie i ostatecznie polegliśmy… Co w tym niezwykłego? Jak się potem okazało na ten czas transmisja z tego spotkania w Telewizji Polskiej została przerwana. Nie doszukuję się na siłę jakiegoś spisku. Załóżmy, że traktuję ten fakt jako swego rodzaju ciekawostkę (uśmiech).

Pan swoją karierę musiał przedwcześnie zakończyć między innymi z powodu problemów zdrowotnych. Był taki moment, że siadł Pan pewnego wieczora w domu i powiedział do siebie: "Cholera, co ja teraz będę robił…"?

Miałem to szczęście, że dość płynnie przeszedłem ten niełatwy dla każdego sportowca okres po, jak to nazywają piłkarze, zawieszeniu butów na kołku. Od razu zająłem się trenerką i ta praca stopniowo zaczęła mnie pochłaniać. Na pewno tęskniłem za grą, biłem się z myślami, że za wcześnie powiedziałem "pas", ale to była słuszna decyzja. Po zerwaniu więzadeł krzyżowych w prawym kolanie musiałem poddać się operacji, a następnie długiej rehabilitacji. Udało mi się wrócić na parkiet, ale to już nie było to. W głowie wiedziałem jak chcę grać, ale nogi wyraźnie nie potrafiły sprostać moim założeniom…

Domyślam się, że był to najtrudniejszy moment w Pańskiej karierze.

Zaskoczę cię, ale nie. Mały kryzys przeżywałem po przenosinach z Polonii Warszawa do Stali Ostrów Wielkopolski. Kolejny sezon w ekstraklasie, byłem przygotowany na ciężką pracę, ale przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, że minut na parkiecie będę spędzał coraz mniej… To bolało. Nie byłem już młodzieniaszkiem, miałem jakieś 33 lata, ale ambicja i sportowa duma nie pozwalały mi "grzać ławy".

To już wiem, że materialistą Pan nie jest (uśmiech).
To znaczy?

W tym wieku mógł Pan wyjść z założenia, że ma to gdzieś jaki czas spędza na parkiecie. Żeby tylko pensja wpływała na konto regularnie…

Nie potrafiłem tak. Bez względu czy miałem 15 czy 35 lat to zawsze na pierwszym miejscu była dla mnie chęć gry. Nie byłem pazerny na pieniądze. Zresztą jako młody chłopak, wychowanek o dużych kwotach w Stali mogłem tylko pomarzyć. Czasami opowiadam swoim podopiecznym jak pół roku musiałem odkładać pieniądze, żeby kupić sobie wymarzony odtwarzacz wideo (uśmiech). To były inne czasy… W latach 90. nie było luksusów, ale jak już człowiek spełnił jakąś swoją zachciankę, to potrafił się nią cieszyć jak dziecko.

Rozmawiamy już dłuższą chwilę i przyznaję, że potwierdzają się opinie moich informatorów: jest Pan bardzo spokojnym oraz skromnym człowiekiem. Te cechy nie przeszkadzały Panu w uprawianiu kontaktowej dyscypliny sportu?

(uśmiech) Na parkiecie robiła się ze mnie niezła zadziora. W trakcie spotkań byłem waleczny, niepokorny, momentami nawet trochę arogancki, ale już w życiu codziennym, pozasportowym żadna z tych cech się mnie nie trzymała. Moja boiskowa zadziorność pomogła mi w młodym wieku wejść i wywalczyć sobie miejsce w składzie Stalówki, z którą później awansowałem do ekstraklasy. Nie pamiętam, żeby któryś ze starszych zawodników próbował mi dokuczyć, podstawić nogę… Opiekę nade mną sprawował Marek Jarecki, który jako kapitan bardzo mi pomógł szybko zaaklimatyzować się w zespole. Dzieli nas 15 lat, ale na parkiecie nie było można dostrzec między nami jakiejkolwiek bariery. Dzięki niemu szybko poczułem się ważną częścią Stali.

Aktualnie pracuje Pan jako trener w "Kuźni Koszykówki" w Stalowej Woli, a także jako asystent trenera Jerzego Szambelana w narodowej reprezentacji do lat 16. Chciałby Pan być dla swoich podopiecznych takim szkoleniowcem, jakim kiedyś dla Pana był Jerzy Szambelan?

Zdecydowanie tak, ale do tego jeszcze daleka droga. Nie wiem tylko czy tak jak trener Szambelan będę potrafił nachodzić rodziców swoich młodych graczy (uśmiech). Jak każdemu, czasami i mi zdarzało się wagarować. Pewnego razu po jednej z takich "wycieczek" wróciłem do domu, a tam już trener Szambelan czekał na mnie z rodzicami… Grzecznie wtedy wróciłem do szkoły, przeprosiłem nauczycieli i oczywiście obiecałem poprawę (uśmiech).

Pan w 1990 roku ukończył Liceum Zawodowe o specjalizacji… mechanik urządzeń przemysłowych i hydraulicznych. Jak się to Panu udało skoro ciągle był Pan albo na jakiś zgrupowaniach z reprezentacją juniorów, albo na obozach z koszykarzami Stalówki?

Duża w tym zasługa Świętej Pamięci Pani magister Heleny Sobolewskiej. Pomogła mi w zorganizowaniu sobie indywidualnego toku nauczania. To była rzadkość na tamte czasy. Poza tym zawsze będę pamiętał zorganizowane przez Profesor Sobolewską wybory na najpopularniejszego sportowca w szkole (uśmiech). Tym razem nieskromnie stwierdzę, że udało mi się je wygrać, co było w pewnym sensie trochę paradoksem, bo część osób mogła nawet nie wiedzieć, że chodzę do tej samej szkoły co oni… Wyprzedzając twoje kolejne pytanie: niestety nie mam żadnych archiwalnych zdjęć z tych wyborów (uśmiech).

Skoro stał się Pan taki nieskromny to liczę na jakieś historie związane z występami w reprezentacji Polski.

W głowie utkwiły mi szczególnie dwa moje występy z orzełkiem na piersi. Pierwszy w dorosłej kadrze w eliminacjach do Mistrzostw Europy przeciwko Portugalii. Wygraliśmy, a ja zostałem wybrany najlepszym graczem meczu. Ówczesny selekcjoner reprezentacji, trener Arkadiusz Koniecki wręczył mi nawet specjalny proporczyk z tej okazji (uśmiech). Drugi pamiętany przeze mnie pojedynek to grupowy mecz przeciwko faworyzowanej Jugosławii na Mistrzostwach Europy w juniorskiej kadrze prowadzonej przez trenerów: Świętej Pamięci Jerzego Olejniczaka i Jerzego Szambelana. Miałem tak zwany dzień konia. Wszystko mi wychodziło. Dzięki temu przyczyniłem się do wysokiej wygranej nad faworyzowanym rywalem z przewagą około 17 punktów (uśmiech). Ostatecznie zajęliśmy wtedy 6. miejsce na tym turnieju, co było sporym wydarzeniem. Były też jednak przykre momenty…

Zna już Pan moje kolejne pytanie (uśmiech)?

W trakcie jednego ze zgrupowań młodzieżowej reprezentacji na szczegółowych badaniach wykryto u mnie nieprawidłową pracę serca. Początkowo to brzmiało dla mnie jak wyrok. Nie było lekarza, który chciałby mi podbić kartę lekarską, która uprawniałyby mnie do gry. W pewnym momencie byłem nawet gotów grać na własną odpowiedzialność…

Jaki finał miała ta sprawa?

Miałem to szczęście, że trafiłem w końcu na profesjonalnego lekarza sportowego, doktora Witolda Furgała. To on podjął się kolejnych szczegółowych badań, zorganizował wizytę u specjalisty z Krakowa, który będąc w Stanach Zjednoczonych, spotykał podobne przypadki u sportowców. Okazało się, że taka delikatna wada serca w żaden sposób nie zagraża mojemu życiu. Byłem bardzo szczęśliwy, bo mogłem wrócić do tego, czego w tamtym czasie kategorycznie mi zabroniono, czyli wyczynowego uprawiania sportu.

Dlaczego Pana zdaniem młodzi sportowcy mają dzisiaj tak duży problem z przejściem z grup juniorskich do drużyn seniorów?

Powiem ci to na przykładzie koszykówki, bo nie czuję się na tyle kompetentny, żeby mówić o tej kwestii opierając się na piłce nożnej czy siatkówce. Młodzi koszykarze zazwyczaj trenują ze sobą kilka lat. Znają się jak łyse konie. Każdy wie, na co stać jego kolegę. Na którego z tych kolegów zawsze może liczyć również poza parkietem. Po przejściu do koszykówki seniorskiej często pojawiają się problemy, ponieważ młody zawodnik musi podjąć rywalizację z mocniejszym fizycznie, bardziej doświadczonym graczem. Kiedyś drużyny były budowane na dłuższą perspektywę, a rotacje w składzie były nieznaczne, co stwarzało możliwość powolnego wprowadzania młodych zawodników. W każdym ligowym klubie grali wychowankowie. Dzisiaj drużyna budowana jest na jeden sezon, a nawet w trakcie rozgrywek wymienia się wielu zawodników. W takich warunkach bardzo ciężko przebić się młodym graczom. Muszą liczyć przede wszystkim na siebie. Może przebić się tylko ten kto ma prawdziwą pasję, jest pracowity, wytrwały i nieustępliwy w dążeniu do wyznaczonego celu. Moim zdaniem większość młodzieży w dzisiejszych czasach nie ma na tyle wyrobionego charakteru, żeby sprostać tej presji. Każdy sportowiec musi być "jakiś"! Najgorzej jest być nijakim, a o to dzisiaj nietrudno…

Jaki ma Pan stosunek do polityki?

(uśmiech) A skąd takie pytanie? Od polityki trzymam się z daleka.

Nie proponował nikt Panu przypadkiem startu w jakiś wyborach?

Ale momentalnie odrzuciłem tę propozycję. Nie chcę mówić o konkretnych nazwiskach. Powiem tylko, że byłem kuszony aby starać się o tytuł radnego Stalowej Woli. Charakterologicznie kompletnie jednak nie pasuję do polityki, dlatego też odmówiłem.
Sport nauczył mnie zasad "fair play". Często mam wrażenie, że w polityce są to zasady, których niekoniecznie należy przestrzegać…

Wiem, że ma Pan dzisiaj jeszcze trening, dlatego na koniec: "Piątka" najlepszych koszykarzy, z którymi Roman Prawica miał okazję grać w klubach lub w reprezentacji.

Dariusz Zelig, Adam Wójcik, Maciej Zieliński, Keith Williams i Ed O'Bannon. Przydaliby się jeszcze trenerzy (uśmiech). Duet: Jerzy Szambelan i Świętej Pamięci Jerzy Olejniczak.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

L
Leon

Panie Romanie pytania były tendencyjne. jest Pan wielkim sportowcem SW. Pana wsady wypisz wymaluj NBA zawsze robiły wrażenie (ps podobnie jak Pana Waldemara Wyki). Pozdrawiam kibic SSW

K
Kuba

jak miałem 9-10 lat i ogladalem czasem kosza wtedy pokazywanego jeszcze w TV, bardzo lubiłem pana Romana :) (czasy Anwilu)

dosłownie dziś przypomniałem sobie o NIm i trafilem na ten wywiad :)

pozdrowienia !

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3