Stalowa Wola. Otarli się o śmierć, teraz odzyskują siły w „Sanusie”

Zdzisław Surowaniec
Zdzisław Surowaniec
Jedna z sal oddziału rehabilitacji pocovidowej w szpitalu Sanus, gdzie pacjenci odzyskują siły po zwalczeniu choroby
Jedna z sal oddziału rehabilitacji pocovidowej w szpitalu Sanus, gdzie pacjenci odzyskują siły po zwalczeniu choroby Zdzisław Surowaniec
Szpital „Sanus” prowadzi od dwóch miesięcy oddział pocovidowy, gdzie leczeni są pacjenci, którzy przechorowali Covid-19. Korzystają z rehabilitacji pocovidowej. Aktualnie jest tam dwudziestu pacjentów.

- Trafiają do nas pacjenci, którzy mają problemy z tym, żeby wstać i zrobić kilka kroków bez wspomagania tlenowego, ponieważ mają spadki saturacji – mówi szefujący szpitalowi doktor Zbigniew Gola. Saturacją w medycynie określa się wysycenie krwi tętniczej tlenem.

Przywożeni są do „Sanusa” pacjenci z różnych szpitali, nawet pacjenci w stanie krytycznym. - Staramy się jak najlepiej opiekować pacjentami, ale jest nas troszkę mało. Opiekujący się muszą podejść do pacjentów, żeby ich nie zostawiać leżących w łóżku. Trzeba ich przekonać, że warto się podnieść i przećwiczyć nawet przy łóżku, czy na łóżku.

Pacjenci doceniają to co dla nich robimy. Najlepiej widać to po starszych mężczyznach, którzy widzą nasze starania i efekty. Dziękują, jak ich zaprowadzimy na zabiegi, są wdzięczni – wspomina doktor Gola.

Pacjenci odczuwają, że rehabilitacja pomaga im. Wielu, którzy tu trafili w pierwszy dzień nie mogli oddychać, ani wziąć głębokiego oddechu. Mieli szybki, krótki oddech i słaby puls. - Ja nie krytykuję szpitali, gdzie pacjenci są przywracani do życia. Ale są przywracani nie do końca do żywych. Bo są to ludzie, którzy nie są w stanie zrobić kroku, usiąść bez czyjejś pomocy, bez wspomagania tlenem lub koncentratorem tlenowym. Mają problemy z poruszaniem się. Pracownicy, mówię tutaj o fizjoterapeutach, pielęgniarkach, lekarzach, stają dosłownie na głowie, żeby tych pacjentów przywrócić do formy, żeby mogli sami siąść, sami pójść do toalety. To jest wielki wysiłek. Ci pracownicy to są anioły w ludzkiej skórze. Żeby sprostać wymogom opieki, musielibyśmy zwiększyć, podwoić obsadę na oddziale covidowym. Opiekujący się pacjentami prowadząc z nimi rehabilitację, najpierw ich sadzają, potem próbują z nimi chodzić na ćwiczenia oddechowe, lekarze podają leki, pielęgniarki kroplówki, technicy wymieniają butlę z tlenem – wymienia doktor Gola.

- To jest naprawdę bardzo ciężka praca przy pacjentach, którzy ledwie łapią oddech, więc są z potwornej depresji. Chory nie jest w stanie zjeść, ani się sam załatwić. Widzimy, jak ten pacjent się dusi. To jest po prostu rozpacz. Tutaj jest potrzebny też odpowiedni kontakt z personelu z pacjentami. To jest pół godziny, godzinę rozmawiania, głaskania, zwiększania czy zmniejszania tlenu, podawania odpowiednich leków, żeby pacjent usiadł, żeby zjadł na przykład papkę, bo nie normalny posiłek – opowiada szef „Sanusa”.

- Opieka nad pacjentami na oddziale pocovidowym jest trudna – mówi rehabilitantka. - Ale widać efekty już po trzech tygodniach, kiedy ktoś sam chodzi na salę ćwiczeń, chodzi o balkoniku, korzysta ze sprzętów, opuszcza sam pokój. Wszyscy pacjenci byli w stanie ciężkim. Mamy sukces, bo tylko dwie osoby są pod tlenem, na 20 które tego wymagały. To byli pacjenci, którzy po kilka tygodni nie ruszali się bez koncentratora czy bez tlenu. Mamy już pytania z innych ośrodków o wolne miejsca – powiedziała. To są pacjenci przyłóżkowi, więc my podchodzimy indywidualnie do pacjentów i poświęcamy im czas jeden na jeden. Czyli jak mamy teraz dwudziestu pacjentów na oddziale, to każdy musi mieć pół godziny do godziny ćwiczeń indywidualnych przy łóżku. Musimy z każdym rehabilitować coś innego, ale efekt jest. Jest pacjentka na oddziale, leżąca, która od razu przyjechała z naprawdę kiepską saturacją. Jak wstawała, kręciło się jej w głowie, więc nie było żadnego pionizowania na początku. Było kilku leżących pacjentów, którzy teraz w tym momencie chodzą na salę ćwiczeń z nami, oczywiście pod kontrolą, z pomocą pulsoksymetrów i pod kontrolą naszą. Jak się męczą, to muszę zrobić przerwę, bo oni by chcieli tak normalnie ćwiczyć, tylko muszą troszkę krócej.

Pacjentka: - Covid-19 przeszłam bardzo ciężko. Trzy tygodnie leżałam w szpitalu w Tarnobrzegu. I z tego co lekarza powiedzieli mężowi przez telefon, otarłam się o śmierć. Chcieli żebym była pod respiratorem, ale ostatecznie inną inwazyjną metodą wspomagania oddychania zostałam wyprowadzona z ciężkiego stanu. Przez miesiąc nie wstawałam z łóżka z drobnymi wyjątkami. Na posiłki siadałam, nie chodziłam w ogóle, ponieważ oddechowo byłam cały czas bardzo słaba. Jeszcze wspomagam się takim balkonikiem. Natomiast już coraz więcej czuję siły, tak że mogę bez tego wspomagania na krótkie odcinki chodzić, na przykład po sali czy do łazienki. Kiedyś wyjście do łazienki było nie lada wyzwaniem. Teraz trzeci dzień jestem bez wspomagania tlenowego. Mam tu być jeszcze trzy tygodnie, więc mam nadzieję, że będzie jeszcze większa poprawa.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie