Stany Zjednoczone. Realia amerykańskiego życia.

Iwona Rojek
Każda podróż czegoś nas uczy. O świecie, innych ludziach i o nas samych. Poznając zwyczaje i zachowania drugich możemy pomyśleć o tym co u nas w kraju jest dobrego, a co należałoby zmienić, żeby żyło nam się lepiej.
Stany Zjednoczone. Realia amerykańskiego życia.
Iwona Rojek

(fot. Iwona Rojek)

Wszystko do oddania

W Chicago, w którym przebywa ponad milion Polaków, mieszkańcy mają dużą wygodę podczas robienia zakupów. Po pierwsze każdą rzecz można oddać i to nawet po upływie roku. Nikt się z tego powodu nie obraża, sprzedawcy nie robią żadnych fochów, uważają zwrot zakupionego towaru za coś zupełnie normalnego. Pracownicy przyjmują niepotrzebną rzecz z uśmiechem, pytają nas jak minął dzień i życzą miłego popołudnia.

I nawet jeśli są to tylko rutynowe, wyuczone gesty, to przyjemne, bo tu w pracy nikt się nie obnosi ze swoimi problemami czy złym humorem. Zwierzanie się ze swoich rodzinnych kłopotów, wyładowywanie swojej złości na drugich, byłoby odebrane w każdym miejscu pracy jak brak profesjonalizmu. I za takie zwyczaje, pogawędki, odbieranie prywatnych telefonów, obgadywanie drugich można byłoby ją szybko stracić.

A wracając do tematu zwrotu towarów, to w Stanach wszyscy przyjmują taką rzecz bez komentarzy, bo wiedzą, że od ich podejścia do klienta zależy to, czy zechce do ich sklepu powrócić. W niektórych marketach, choćby w sieci Walgreens można oddać nawet już rozpakowany i częściowo zużyty krem, lek, czy szampon, jeśli nam nie odpowiada.

- Po tym szamponie moje włosy wyglądają niezbyt dobrze, są zbyt przyklapnięte, za mało puszyste - mówi jedna Amerykanka do drugiej. - Koniecznie go oddaj i weź inny -doradza koleżanka. Podobnie może być z balsamem do ciała, czy lekarstwami. Nie służą nam, można oddać, spróbować czegoś innego. Dlatego przy kasach, gdzie można zwrócić towar kolejki są tak samo długie, jak przy tych, gdzie można je nabyć.

Stany Zjednoczone. Realia amerykańskiego życia.
Iwona Rojek

(fot. Iwona Rojek)

Oferują herbatkę i kawę

W czasie robienia zakupów każdy klient, nawet ten, który na nic się nie zdecyduje, może za darmo napić się dobrej kawy, jest wiele rodzajów, cappuccino, parzona, sypana, herbaty, zielonej, czarnej czy ziołowej, wody mineralnej, można spróbować świeżej zupy, smażonej ryby czy duszonego mięsa.

-To wszystko po to, żeby nikt nie był spragniony, głodny, bo gdy będzie miał dobry nastrój zrobi więcej zakupów - tłumaczy jedna z Polek, mieszkających w Chicago. Amerykanki bardzo rzadko gotują obiady czy kolacje w domu, ponieważ wszystko mogą kupić gotowe w supermarketach. Tanio i bardzo dobrej jakości. Do wyboru jest mnóstwo świeżo ugotowanych zup, począwszy od pomidorowej, rosołu, po zupy rybne, z zielonego groszku, grzybowe, czy węgierskie. Są pyszne drugie dania, sałatki i składniki do nich. Klienci kupują świeży szpinak, fasolę, brokuły, grzyby, tartą marchewkę, rzeżuchę, kluseczki, ryż i kaszę. Podobnie zachowują się żyjący tu Polacy, zamiast męczyć się z gotowaniem wolą kupić w sklepach gotowe, świeże dania, albo pójść do restauracji.

Można zagrać w szachy i odrobić lekcje

Dla wielu osób zakupy to także okazja do relaksu, odetchnięcia od problemów. W każdym większym sklepie na piętrze są sale, gdzie można odpocząć, porozmawiać i spędzić przyjemnie czas. Kobiety przy stolikach czytają książki, grają z koleżankami w karty, wymieniają poglądy, a mężczyźni grają w szachy. Uczniowie rozkładają się z podręcznikami i odrabiają lekcje. Wszędzie widać luz.

W sklepach nikt nie przejmuje się wyglądem. Ludzie ubrani są w getry, podkoszulki, rzadko która kobieta ma makijaż, wszyscy czują bardzo się swobodnie. Wiele mieszkających tu od dawna Polek mówiło, że, gdy odwiedzają rodzinne strony, zawsze dziwi je to, że w polskich miastach kobiety od rana do wieczora wyglądają tak jakby szły na bankiet, w butach na obcasach, makijażu, eleganckie. Tu tego nie ma. Nikt na nikogo nie zwraca uwagi, do sklepu można przyjść w walkach na głowie i podartej bluzce. Nikogo to nie dziwi.

Z drugiej strony w amerykańskich sklepach na pewno można spotkać więcej, niż w polskich anorektyczek. Mnóstwo dziewcząt i kobiet przesadnie dba o wagę. I anoreksja zbiera w Stanach obfite żniwo. Blade wychudzone kobiety ważące w sklepach każdy listek sałaty, żeby nie przytyć widać tu bardzo często. Równie często można dostrzec klientów, którzy bardzo długo oglądają towar, zanim go kupią. Amerykanie z uwagą czytają naklejki, etykiety, sprawdzają czy dany produkt zawiera sól, jaką ma wartość kaloryczną, jakie witaminy, badają czy kawa była uprawiana organicznie czy nie produkowano jej na plecach biedaków z Ameryki Południowej.

Każdy mieszkaniec ma w mieście swoje ulubione sklepy, gdzie zwykle kupuje buty, kosmetyki czy ubrania. Od ogromnej ilości butów, ciuchów, biżuterii przeróżnych marek, fasonów, kolorów można dostać zawrotu głowy. Wszystko kusi. Mnóstwo osób wpada tu w pułapkę pracoholizmu, pracują od świtu do nocy, bo chcą mieć coraz więcej rzeczy. A takie pożądanie nie zawsze dobrze się kończy. Cukrzyca nadciśnienie, zawały, wylewy często dotykają przepracowanych mieszkańców. Sen z oczu spędzają też niespłacone kredyty, prawie każdy nabrał ich mnóstwo, żeby cieszyć się jak najlepszym komfortem życia. A w czasach kryzysu z ich spłatą jest krucho.

Stany Zjednoczone. Realia amerykańskiego życia.
Iwona Rojek

(fot. Iwona Rojek)

Śledzą podejrzanych

W amerykańskich osiedlach przywiązuje się ogromną wagę do bezpieczeństwa. Może z racji tego, że w Stanach żyje już prawie 50 procent czarnych obywateli, mieszkańcy są tu szczególnie wyczuleni na to, żeby ktoś obcy nie zagroził ich spokojowi.

I na tym tle dochodzi często do paranoi. Dla porównania, na kieleckim osiedlu Barwinek czy Sady może zaparkować każdy, kto tam się pojawi, podobnie jest w Mniowie czy w Kaniowie. Nikogo nie interesuje, do kogo przyjechał dany człowiek i jak długo będzie przebywał w konkretnym miejscu. W Stanach panują zupełnie inne zwyczaje. Mieszkańcy mają za zadanie pilnie obserwować nowe twarze i w razie dostrzeżenia czegoś podejrzanego informować o tym policję. Prawie na każdym osiedlu umieszczone są tablice nawołujące do tego, żeby szybko reagować na nieznajomych, którzy mogą mieć różne zamiary. I faktycznie nowo przybyła osoba czuje się tu mało komfortowo, bo wprawdzie każdy mieszkaniec powie ci z wyuczonym uśmiechem hi, ale jednocześnie bacznie cię zlustruje.

Pusto jak na księżycu

- Na pewno ma to związek z tym, że w Ameryce sporo osób trzyma w domach broń, działa mnóstwo gangów, dilerów narkotyków, władza często nie radzi sobie z przestępczością - tłumaczy Bożena, Polka mieszkająca od 20 lat w miejscowości Wheelling koło Chicago. - I do tych walk z przestępcami władza angażuje społeczeństwo. A mieszkańcom też zależy na tym, żeby ich życiu nic nie zagrażało, dlatego chętnie współpracują z policją.

Kogoś nowego, nieznajomego bardzo łatwo jest na ulicy zauważyć, ponieważ Amerykanie po przyjeździe z pracy w ogóle nie wychodzą z domu. Przyjezdnego z Europy czy z Polski uderza panująca wszędzie cisza, osiedla wyglądają jakby był wymarłe, jak po ataku nuklearnym, nie spotka się tu dziecka, dorosłego, dziadka, babci, nikogo. Nikt nie ma zwyczaju spacerować, odwiedzać sąsiadów, dzieci nie bawią się przed domami. Zaglądniecie do sąsiada bez wcześniejszego telefonicznego uprzedzenia byłoby tu bardzo źle widziane.

Można usłyszeć tylko podjeżdżające i odjeżdżające samochody. Między osiedlami też nikt nie spaceruje, bo często przy ulicach nie ma nawet chodników. Widok człowieka idącego pieszo wzbudza tu niezdrowe zdziwienie. Dla wielu oznacza to, tyle, że nie zmotoryzowanej osobie nie powiodło się w życiu, musi być na dnie. Nie wiadomo czy Amerykanie dostrzegają związek miedzy tym, że prawie w ogóle nie poruszają się na własnych nogach z wielką epidemia otyłości w swoim kraju, ale raczej nie, wydają się być ze swojego stylu życia zadowoleni.

Parkowanie pod kontrolą

Do jeszcze większych paranoi dochodzi w związku z parkowaniem. Osoba, która przyjechała do kogoś z wizytą, może zostawić samochód przed jego domem pod warunkiem, że na parkingu będzie miejsce, ale tylko do północy. Gdy minie dwunasta samochód gościa będzie odholowany przez specjalnie powołaną do tego jednostkę, na odległy plac, a za jego odzyskanie trzeba będzie zapłacić 180 dolarów I taką samą kwotę trzeba uiścić za każdy kolejny dzień nie odebrania pojazdu. Odholowany może być także samochód mieszkańca osiedla, który zaparkował samochód na wprost swojego domu, jeśli nie ma specjalnej wywieszki .

- Byłam zdruzgotana, gdy rano zobaczyłam, że na parkingu metr od mojego domu nie ma mojego samochodu - opowiada Marzena. - Wieczorem była u mnie moja mama, zaparkowała przed garażem, potem odjechała, a ja padałam ze zmęczenia i zapomniałam swój pojazd przeparkować. W środku samochodu nie miałam wywieszki, tzw. stickera ze jestem mieszkańcem osiedla, dwa tygodnie temu zapodziała go gdzieś moja córka, ale ci, którzy kontrolowali osiedla doskonale wiedzieli, że tu mieszkam. Byłam wściekła, bo nie miałam czym dojechać do pracy. Interweniowałam wszędzie, dzwoniłam do mojego towarzystwa ubezpieczeniowego, do ratusza, do firmy holującej, ale nic nie pomogło. Mimo, że zabrano mi własny samochód sprzed mojego domu, musiałam zapłacić karę. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w centrum Chicago. Tam nigdy nie wiadomo czy powrocie z apteki czy sklepu zastaniemy swój pojazd w miejscu, gdzie go zostawiliśmy.

Zachowanie niektórych Amerykanów pracujących w Dowtown może zaskakiwać. - Miejsc parkingowych brakuje i parking w centrum jest bardzo drogi, więc kiedy byłam nianią u bardzo zamożnych prawników kazali mi o szóstej rano budzić ich półroczną córeczkę, pakować płaczącą małą do samochodu i odwozić codziennie to małżeństwo półtorej godziny do pracy - opowiada zszokowana Elżbieta z Radomia. - Potem musiałam dziecko wcześnie kąpać i znów jechać z dziewczynką taki kawał po rodziców do pracy. Nie szkoda im było dziecka, mówili, że mają praktyczne podejście do życia, w tym wypadku zaoszczędzenie pieniędzy i nie płacenie za parking było najważniejsze.

Stany Zjednoczone. Realia amerykańskiego życia.
Iwona Rojek

(fot. Iwona Rojek)

Danie zabierają do domu

W Kielcach jak grzyby po deszczu wyrastają nowe restauracje, w Chicago, gdzie żyje 11 milionów mieszkańców, jest ich mnóstwo. Z racji tego, że osiedlili się tu obywatele całego świata są restauracje arabskie, meksykańskie, chińskie, tajskie, wietnamskie, japońskie, rosyjskie i polskie. Bardzo ekskluzywne, drogie i takie gdzie może coś smacznego zjeść przeciętnie zarabiający mieszkaniec.

Są dobre i złe strony odwiedzania restauracji. Chcącego się posilić od razu uderzają dwie rzeczy. Serwowane wszędzie porcje są ogromne, ciężko je zjeść od razu, dlatego sporo osób, to czego nie udało im się spożyć pakują do pudełek i zabierają żywność do domu. Pudełka kelnerzy podają zawsze. I nikogo to nie dziwi, że klient zabiera do domu połowę nie zjedzonego kotleta, kilka ziemniaków czy resztki surówki. Goście cieszą się, że będą mieli obiad na następny dzien. Ale są I tacy, którzy ogromne dania zjadają w mgnieniu oka i na efekty nie trzeba długo czekać. W Chicago co trzeci mieszkaniec jest bardzo otyły, nadmiar kilogramów nie dość, że z sylwetki robi karykaturę, to jeszcze nie pozwala normalnie funkcjonować. W restauracjach nierzadki jest widok, kiedy to mąż lub żona podnosi używając do tego całych swoich sił bardzo otyłego partnera, który nie jest w stanie ruszyć się z krzesła.

Amerykanie od lat borykają się z bardzo groźną epidemią otyłości, naukowcy ostrzegają, że jeśli ta tendencja się utrzyma otyłość wkrótce wyprzedzi palenie papierosów jako największy czynnik ryzyka przedwczesnej śmierci. Otyłość odpowiada w Ameryce za 160 tys. zgonów rocznie. Dwie trzecie osób podejmujących dietę ponosi porażkę i po upływie dwóch lat ważą nawet więcej, niż przed rozpoczęciem odchudzania. W rozmowie z wieloma mieszkańcami Chicago można się dowiedzieć, że prawie każdy z nich jest, był, albo przygotowuje się do przeprowadzenia jakiejś diety.

Kelner na zawołanie

W wielu restauracjach, zajazdach, barach uderza jeszcze jedna rzecz, niezwykła uprzejmość kelnerów, która czasami przeradza się w nachalność. Zanim zamówisz kieliszek wina kelner przyniesie ci trzy próbki wina do spróbowania, czy na pewno chcesz o takim smaku jaki zamówiłeś. Zapyta cię, czy może wolałbyś bardziej słodkie, a może wytrawne. Przy zamawianiu mięsa zapyta jak ma być usmażone czy upieczone, na jaką miękkość, na jaki kolor. Przed podaniem dania może przyjść jeszcze kilka razy, aby poinformować cię na jakim etapie jest przygotowanie posiłku, a przy okazji zapyta czy nie napiłbyś się w międzyczasie herbaty czy kawy. Zaproponuje, że może lepsze byłoby wino, jeśli jesteś zestresowany po pracy. Szczegółowo poinformuje cię jaka jest oferta danego dnia, doradzi co może ci najbardziej smakować. Niektórym klientom taka nadgorliwa uprzejmość może się podobać, a innym działa na nerwy.

-To jest dość mile - uważa Grażyna Malec, kielczanka od 15 lat mieszkająca w Chicago. - Rzadko bywam w Polsce, ale pamiętam z dawnych czasów, że kelnerzy u nas w kraju bywali różni. Niektórzy się wkurzali jak poprosiło się ich o coś dodatkowego, albo zapytało się czemu wszystko tak długo trwa. Tutaj kelnerzy są bardzo mili, bo tego wymagają od nich ich przełożeni. Skarga od niezadowolonego klienta oznaczałaby dla obsługujących. duże kłopoty w pracy.

Inne osoby odbierają taka sztuczną uprzejmość kelnerów mniej przychylnie. - Denerwuje mnie to, że kelnerzy nie dają nam spokoju - mówi Robert z Ostrowca Świętokrzyskiego, który przyjechał do Chicago siedem lat temu. - Co chwila przychodzą i o coś pytają, zakłócają spokój, przerywają rozmowę. W dużej mierze chodzi o to, żeby docenić ich troskę napiwkiem.

Ciągła gotowość

Przybyłym do Stanów osobom może z kolei podobać się to, że tutaj wiele osób troszczy się o komfort życia. I o to żeby nie tracić zbyt dużo czasu na zajmowanie się sprawami, które można załatwić od ręki. Wchodząc do lokalu przy kasie można zamówić tort urodzinowy, zdjęcia, życzenia. I wszystko będzie gotowe za kilkanaście minut. Nie trzeba tej sprawy uzgadniać kilka dni czy tygodni wcześniej. Tutaj wszyscy są w pełnej gotowości. Byłam świadkiem jak nagle jak spod ziemi przy stoliku solenizanta pojawiła się gromada uśmiechniętych kelnerów, przynieśli tort, lody, zgodnie odśpiewali piosenkę z życzeniami, zrobili jubilatowi i gościom zdjęcia, a za chwilę już wywołane przynieśli. Taka mobilność na pewno pozytywnie zaskakuje. Amerykanie wychodzą z założenia, że gdy każdy obywatel da z siebie maksymalnie dużo, to skorzysta na tym cały naród.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: Stany Zjednoczone. Realia amerykańskiego życia. - Echo Dnia Świętokrzyskie

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
pio
I po co się tam pchać???
Wróć na echodnia.eu Echo Dnia Podkarpackie
Dodaj ogłoszenie