Dawid Abramowicz: Nie zapomniałem, że Wisła wyciągnęła do mnie rękę

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
Dawid Abramowicz od początku sezonu udowadnia w barwach Radomiaka, że może grać dobrze w ekstraklasie
Dawid Abramowicz od początku sezonu udowadnia w barwach Radomiaka, że może grać dobrze w ekstraklasie Krzysztof Kapica
Udostępnij:
- Jedyne czego żałuję, to tego, że nie dane mi było zagrać przy pełnych trybunach na Reymonta. Choćby w takiej atmosferze, jaka panowała tam w niedawnych meczach z Legią i Cracovią. Cóż, poczuję tę atmosferę w najbliższy piątek, gdy przyjadę do Krakowa z Radomiakiem - mówi Dawid Abramowicz, piłkarz Radomiaka, a jeszcze niedawno temu Wisły Kraków.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

- Słyszał pan, że Peter Hyballa znowu stracił pracę?
- Szczerze mówiąc nie bardzo mnie interesuje ten trener...

- Zacząłem tę rozmowę od pytania o tego szkoleniowca, bo to jemu pan „zawdzięcza”, że dzisiaj pana już nie ma w Wiśle Kraków.
- To prawda. Po zimowym okresie przygotowawczym, który wytrzymałem bez problemów i jako jeden z nielicznych w drużynie zaliczyłem wszystkie treningi od początku do końca, trener wezwał mnie na rozmowę. Usłyszałem od niego, że nie pasuję do jego koncepcji i że nie potrzebuje mnie w zespole. Dlatego odszedłem z Wisły do Radomiaka. Muszę powiedzieć, że takim podejściem do mojej osoby trener Hyballa mocno mnie zmobilizował. Sam sobie wtedy obiecałem, że wrócę do ekstraklasy i udowodnię, że mogę w niej grać! Wróciłem, a w piątek wrócę też na Reymonta. Tylko, że trenera Hyballi już tam nie spotkam.

- Mówiąc o tym, że trener Hyballa pana zmobilizował, chce pan powiedzieć, że odezwała się w panu taka sportowa złość?
- Myślę, że można tak to ująć. Chciałem pokazać, że trener pochopnie podjął decyzję w mojej sprawie. Uważam się za tytana pracy. O treningach Petera Hyballi krążą legendy, że są bardzo ciężkie. To prawda, ale mnie udało się je wytrzymywać. Dlatego miałem nadzieję, że to przełoży się na dobrą grę. Wierzyłem, że to zaprocentuje w rundzie wiosennej. Nie dane mi było jednak udowodnić to w Wiśle.

- Nie był pan jedynym, którego „odpalił” trener Peter Hyballa. Analizował pan dlaczego z was rezygnował?
- Nie robiłem tego. Wyszło jak wyszło, ale ja tak naprawdę nawet nie mam wielkiego żalu do trenera Hyballi, bo muszę mu też oddać, że te jego ciężkie treningi pozwoliły mi się świetnie przygotować do rozgrywek w I lidze. Dzięki temu pomogłem Radomiakowi z przytupem wejść do ekstraklasy.

- To podsumowując wątek wiślacki w pana karierze, już kilka razy powtarzał pan w wywiadach, że nie żałuje, że trafił pan do Wisły.
- Oczywiście, że nie żałuję! To było dla mnie bardzo pozytywne doświadczenie. Nie zapomniałem, że Wisła wyciągnęła do mnie rękę, że pomógł mi trener Artur Skowronek. Jedyne czego żałuję, to tego, że nie dane mi było zagrać przy pełnych trybunach na Reymonta. Choćby w takiej atmosferze, jaka panowała tam w niedawnych meczach z Legią i Cracovią. Cóż, poczuję tę atmosferę w najbliższy piątek, gdy przyjadę do Krakowa z Radomiakiem. Mam nadzieję, że na stadion przyjdzie dużo ludzi.

- Gdy zaczynał się sezon spodziewał się pan, że przyjedziecie do Krakowa na mecz z Wisłą w roli faworyta?
- Nie spodziewałem się, ale taki jest właśnie urok piłki nożnej. Futbol bywa przewrotny, co pokazują nasze wyniki i gra. Choć jesteśmy beniaminkiem, to łamiemy stereotypy.

- Cieszę się, że nie ucieka pan w dyplomację i nie zaprzecza, że jesteście faworytem. To, co robicie w ostatnim czasie, wasze wyniki pokazują jasno, że na ten moment jesteście po prostu lepszym zespołem od Wisły Kraków.
- Spokojnie. Wciąż stąpamy twardo po ziemi. Nikt nie narzuca nam w klubie wielkiej presji, nie stawia wygórowanych oczekiwań. Zadanie jest proste - wychodzimy na każdy mecz z myślą o tym, żeby zdobyć punkty. Siłą naszego zespołu jest kolektyw. Coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze. Posłużę się cytatem z „Małego Księcia” -„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. To jest coś, co kieruje naszą szatnią. Bo u nas jest tak, że jeden pójdzie w ogień za drugim. I to się przekłada później na boisko.

- Radomiak już kiedyś, w latach 80. XX wieku grał w ekstraklasie, ale tak dobrze sobie wtedy nie radził. Macie poczucie, że swoimi wynikami tworzycie historię?
- Dociera to do nas, ale nie chcemy się zachwycać tym, co ugraliśmy do tej pory. Jesteśmy bardzo pazerni na sukcesy, to nas nakręca. Wsiedliśmy do łodzi i wszyscy wiosłują w jednym kierunku. Dlatego tak dobrze nam to wychodzi.

- Skoro wspomniał pan wcześniej o łamaniu stereotypów, to jak to jest, że choć macie skład oparty w znacznym stopniu o piłkarzy, którzy wywalczyli awans do ekstraklasy, nie było wielkich wzmocnień, wymiany połowy kadry, a jednak pokazujecie, że można grać skutecznie? Można zapytać jak to się robi w Radomiu?
- To już trzeba chyba pytać nasze władze, naszego trenera. Faktem jest jednak, że potrafili znaleźć balans i doprowadzić to takiego stanu, że nasz zespół pracuje jak dobrze naoliwiona maszyna. Ja mogę się tylko cieszyć, że mogę być w tej maszynie trybikiem. Życzę sobie, żeby to trwało jak najdłużej.

- To proszę powiedzieć, czy kluczem do tego waszego sukcesu nie jest aby trener Dariusz Banasik? Patrząc na waszą grę, widać, że jest w tym jakaś strategia, pomysł.
- Można powiedzieć, że nasz zespół to jak zbiór takich pacynek, a wszystkie sznurki ma w ręce trener Banasik. I umiejętnie tym kieruje. Jak widać taka koncepcja zdaje efekt. Trener zresztą od początku, jak pojawił się w 2018 roku jeszcze w II lidze, umiejętnie zarządza zespołem. Wyniki jasno o tym świadczą. Zrobił w Radomiu dwa awanse, teraz dobrze nam idzie już w ekstraklasie.

- Już jest jeden trener w ekstraklasie, który podobną drogę pokonał z zespołem, a zaczął zdobywać nawet trofea. Myśli pan, że razem z Dariuszem Banasikiem możecie pójść z czasem drogą Rakowa Częstochowa Marka Papszuna?
- Nie ma co tak daleko wybiegać w przyszłość. Wciąż jesteśmy beniaminkiem. Mamy jasny podstawowy cel, czyli zdobycie czterdziestu punktów. To powinno nam zapewnić spokojny byt w ekstraklasie na kolejny sezon. Wszystko, co zrobimy ponad ten wynik, będzie dla nas bonusem. Tak naprawdę dopiero zobaczymy gdzie na koniec sezonu zabrniemy.

- To przejdźmy do tej nieco bliższej przyszłości. W piątek przyjedziecie do drużyny z problemami, która po pierwsze nie punktuje regularnie. W dodatku zagra z wami w osłabionym składzie. Wy z kolei wzmocniliście się jeszcze psychicznie w miniony poniedziałek, gdy wygraliście w Lubinie. Myśli pan, że taka przewaga psychologiczna może mieć znaczenie?
- Oczywiście. Pokazaliśmy szczególnie w ostatnich meczach, że nie boimy się nikogo. Nie przejmujemy się faktem, że jesteśmy w tej ekstraklasie nowym zespołem. Nie chcemy grać zachowawczego futbolu, tylko wychodzimy na boisko i staramy się iść po swoje. Z takim samym nastawieniem przyjedziemy do Krakowa. Zagramy o zwycięstwo, bo wygrane nas najbardziej cieszą. Denerwowały nas w pewnym momencie tego sezonu seryjne remisy.

- Czasami w futbolu decydują drobiazgi. Fakt, że wy swój ostatni mecz graliście w poniedziałek, a Wisła dwa dni wcześniej będzie miał jakiekolwiek znaczenie?
- Nie sądzę. Od poniedziałku do piątku jest mnóstwo czasu, żeby zregenerować się w pełni. Mówiłem już wiele o naszej szatni, a jeśli mogę coś dorzucić, to że u nas bardzo profesjonalnie pochodzi się do swoich obowiązków. Dla piłkarza nie ma nic piękniejszego niż grać co trzy, cztery dni.

- Utrzymuje pan kontakt z wiślakami, z którymi pan grał w Wiśle?
- Czasami, choć ten zespół przez ostatnie pół roku mocno się zmienił. Są tam jednak wciąż m.in. Maciek Sadlok, Yaw Yeboah, Michal Frydrych, młodzi piłkarze. Nie będę jednak kłamał, że to są jakieś bardzo zażyłe relacje. Spędziłem w Wiśle tylko pół roku, więc to trochę zbyt krótki czas, żeby nawiązać takie mocne przyjaźnie. Bardzo miło wspominam jednak Wisłę i chłopaków, z którymi dzieliłem szatnię. Cieszę się, że wracam w piątek do Krakowa. Mocno liczę, że będzie super atmosfera i dobry mecz. Wiem, że od nas ma jechać pociąg specjalny z kibicami. Zresztą w tym miejscu muszę koniecznie dodać kilka zdań o naszych kibicach, którzy jeżdżą za nami po całej Polsce, mocno nas wspierają. W przypadku Radomiaka można naprawdę mówić, że mamy w fanach dwunastego zawodnika. Chciałbym, żebyśmy zrobili im miły prezent na najbliższy weekend.

Q&A z Robertem Kubicą

Wideo

Materiał oryginalny: Dawid Abramowicz: Nie zapomniałem, że Wisła wyciągnęła do mnie rękę - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie