Dom na spokojną jesień życia. Do Pierzchnicy starsi ludzie...

    Dom na spokojną jesień życia. Do Pierzchnicy starsi ludzie chcą wracać

    Lidia Cichocka cichocka@eu

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    - Mogę spokojnie wrócić do domu - mówi Waldemar Kryja. - Rodzice mają tu świetną opiekę.

    - Mogę spokojnie wrócić do domu - mówi Waldemar Kryja. - Rodzice mają tu świetną opiekę. ©Łukasz Zarzycki

    Najtrudniejsza jest zmiana nastawienia ludzi, żeby się już to miejsce nie kojarzyło z rygorami i zobojętnieniem. Pięć lat po założeniu w Pierzchnicy Domu Opieki Rodzinnej ten cel osiągnęli Czasami ktoś przyjeżdża na miesiąc, jak Kazimierz Tłuczyński i wraca na stałe - mówi Andrzej Borowiecki od pięciu lat prowadzący Dom Opieki Rodzinnej w Pierzchnicy. - Każdy sprawdza, czy to miejsce nadaje się na dom.
    - Mogę spokojnie wrócić do domu - mówi Waldemar Kryja. - Rodzice mają tu świetną opiekę.

    - Mogę spokojnie wrócić do domu - mówi Waldemar Kryja. - Rodzice mają tu świetną opiekę. ©Łukasz Zarzycki

    DPS w liczbach

    DPS w liczbach


    W województwie świętokrzyskim działają 33 domy pomocy społecznej, dwie placówki są niepubliczne. Przebywa w nich blisko 3 400 osób. Czas oczekiwania na miejsce w DPS jest różny i wynika z dostania miejsca w konkretnym, wybranym domu. W I kwartale tego roku było 60 miejsc wolnych, a na liście oczekujących widniało 200 nazwisk.



    Pięć lat istnienia skłania właściciela i dyrektor Annę Kliszcz do podsumowań.
    Bo niby te pięć lat to niewiele, ale w tym czasie zdarzyło się tak dużo. Na początku była decyzja. - Dostałem zaproszenie od władz gminy by rozkręcić tu jakiś biznes. Budynek szkoły stał pusty, więc po trzech nieprzespanych nocach spędzone na dyskusjach z żoną i postanowiliśmy założyć dom dla seniorów. Taki, który zastąpiłby własny dom - wyjaśnia Andrzej Borowiecki.

    Te początki były najgorsze. - Mieliśmy takie magiczne liczby - śmieje się dyrektorka. Gdy przyszedł pierwszy mieszkaniec, Stanisław Jakubczyk modliliśmy się żeby było chociaż pięć osób, potem żeby 10 i tak dalej.

    Najbardziej cieszy, kiedy wracają

    Dzisiaj w domu mieszka blisko 60 seniorów. Niektórzy na dłużej, inni przyjechali tylko na rehabilitację. - Najbardziej cieszy, gdy ktoś po krótkim pobycie zdecyduje się do nas wrócić na dłużej, nie mówimy na stałe, bo każdy może odjeść, gdy tylko zechce - wyjaśnia Borowiecki. Tak zrobił senior Tłuczyński, dziadek i ojciec utalentowanych sportowców, który po miesiącu rehabilitacji wyjechał, by wrócić i zamieszkać w Pierzchnicy.

    Pan Kazimierz emerytowany wojskowy zadowolony jest z tego, że codziennie może korzystać z ćwiczeń w sali rehabilitacyjnej. - Obsługa tu jest bardzo miła - mówi. Dzieli się z nią radościami, tym, że został pradziadkiem.

    Po pięciu latach doświadczeń pytanie o rzecz najtrudniejszą w prowadzeniu takiego domu nie nastręcza problemów. Bez chwili zastanowienia się pada odpowiedź. - Najtrudniejsza jest zmiana nastawienia ludzi. Dom taki jak nasz kojarzy się z domem starców. Brzydkim zapachem, rygorami, zobojętnieniem - mówią właściciel i dyrektorka. - Ale my chcieliśmy żeby było inaczej.

    Przestronne pokoje z łazienkami, sale ćwiczeń, różne rodzaje terapii. - Staramy się aktywizować, nie zmuszać, ale zachęcać mieszkańców do aktywności - mówi dyrektorka. Przecież to dorośli ludzie, nie można im niczego narzucać.

    Teatr tutaj musi przyjechać

    Nie sprawdziły się na przykład wyjazdy do teatru. - Spektakl o godzinie 19, to za późno. Po podróży w autokarze część się pospała, do domu dotarli po północy. Więcej chętnych na wyjazd nie było. Ale kiedy teatr zaczął przyjeżdżać do Pierzchnicy na spektaklach pojawiają się także osoby na wózkach.

    - Utrzymujemy kontakt ze szkołami, tu są drzwi otwarte. Nie chcemy dopuścić do izolacji, by pojawienie się kogoś z zewnątrz było sensacją. To miejsce, chociaż położone na uboczu musi żyć - mówi Borowiecki.

    Także dlatego zaprasza do Pierzchnicy artystów na plener malarski. Są sympatyczną atrakcją dla mieszkańców, a przy okazji zostawiają obrazy, które zdobią ściany domu. - Nie mamy ogrodnika, ale okazało się, że chętnych do pielęgnowania kwiatów czy uprawiania grządek jest wielu.

    Trzy małżeństwa

    W domu mieszkają trzy małżeństwa. Prawie rok temu sprowadzili się z Kielc państwo Kryj. - Mąż po trzech wylewach, ja czasami o lasce. Bałam się, że nie będę w stanie się nim zaopiekować, że nie będę w stanie wejść na trzecie piętro do swojego mieszkania - mówi pani Teresa. Kilka razy przymierzałam się żeby zobaczyć Pierzchnicę, ale zawsze coś wypadało. W końcu żeby przerwać złą passę, nie mówiąc nic sąsiadom i znajomym, którzy nie rozumieli nas, podjęłam decyzję. Sprzedaliśmy mieszkanie i zjawiliśmy się tutaj, bez żadnego sprawdzania, przymierzania się. Jesteśmy bardzo zadowoleni.
    Do rodziców przyjechał właśnie mieszkający w Australii syn Waldemar. - Od pięciu tygodni mieszkam piętro wyżej, więc sam mogłem przekonać się jak dobra tu jest opieka - mówi. Teraz będę mógł spokojnie wrócić do siebie.

    Pan Waldemar chwali nie tylko opiekę, ale także powietrzem w Pierzchnicy. - Ależ tu się śpi.
    Pani Teresa także lubi ciszę panującą za oknem. - My nie lubimy hałasu miasta - wyznaje.
    W ciągu pięciu lat działalności w domu gościli różni mieszkańcy. Do legendy przeszedł Tadeusz Cichoń, który wychowywał się na jednym podwórku z Karolem Wojtyłą, przeszedł szkolenie na "żywą torpedę", potem przyłączył się do armii generała Władysława Andersa i z nią dotarł do Wielkiej Brytanii. Tam wstąpił do Pierwszej Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała Stanisława Sosabowskiego. W jego oddziałach walczył pod Arnheim i z rąk królowej holenderskiej odbierał najwyższe odznaczenie państwowe przyznawane bohaterom. Po wojnie był prezesem Związku Spadochroniarzy Polskich w Warszawie, a mieszkał w Pierzchnicy. I kiedy czuł się bardzo źle, chciał wrócić ze szpitala do domu by umrzeć w nim w spokoju. Zażyczył sobie by pochowano go na miejscowym cmentarzu.

    Także pan Zawierucha, więzień niemieckich obozów odchodząc prosił rodzinę by msza odbyła się w Pierzchnicy. - Tutaj żegnali go wszyscy przyjaciele i znajomi, byliśmy jak rodzina - mówi Anna Kliszcz.

    Niezwykłe pożegnania

    Pożegnania to coś, z czym muszą się liczyć kierujący domem. Ale czasami i one bywają niezwykłe. - Udało nam się kiedyś odszukać rodzinę jednego z mieszkańców, z którą nie miał kontaktu od 30 lat - opowiada dyrektorka. Nieoceniona okazała się nasza-klasa.pl. Wiedzieliśmy, że ten pan jest bardzo ciężko chory, cieszyliśmy się kiedy tydzień przed jego odejściem przyjechały dzieci. Zdążyli sobie wyjaśnić i wybaczyć nieporozumienia.

    Pani Teresa Raczkowska z Warszawy, tak jak seniorzy w Stanach szukała spokojnej przystani. - Do córki nie chciałam iść, bo ona wychowuje sześcioro dzieci, dosyć się napracowała, niepotrzebne jej siódme - mówi energicznie. Absolwentka AWF i psychologii, rocznik 1931 do dzisiaj pełna radości życia i pomysłów. - Byłam w różnych domach, ale wybrałam Pierzchnicę, bo tutaj przywitano mnie z uśmiechem, dostałam pokój z łazienką i antresolą, na której sypia córka, gdy mnie odwiedza. Mam swój fotel i biurko z maszyną do pisania.

    Bo niezwykłe dzieje swego życia pani Teresa opisała, książkę złożyła w wydawnictwie i we wrześniu powinna ją mieć. - Tylko nie mogę zdecydować się, które zdjęcia wybrać, tyle jeździłam po Polsce i świecie, występy z kadrą narodową, nie wiem, co pokazać - przyznaje.
    Pani Teresa chwali Pierzchnicę nie tylko za świetną atmosferę, za troskliwość i życzliwość, ale także kuchnię. Obie kucharki, obie panie Bogusie gotują fantastycznie. Przepyszne domowe jedzenie - chwali. Żeby na nim nie utyć trzeba się ruszać.

    Praca zbliża do rodziny

    Dom w Pierzchnicy nie przypadkowo nosi nazwę domu opieki rodzinnej. - Bardzo nam zależało, żeby osoby pracujące w domu były opiekunami z prawdziwego zdarzenia - przyznaje Andrzej Borowiecki. - Pomagaliśmy im kończyć studia, dzisiaj nie mamy nikogo bez ukończonej szkoły średniej. A praca zbliża. Bo posypały się małżeństwa i dzieci. Koleżanka od terapii plastycznej każdego roku przyozdabia hol bocianami i ile bocianów ustawi tyle potem dzieci mamy. W tym będzie ich czworo, o trójce już wiemy - śmieje się dyrektorka.

    Na spotkanie z okazji 5-lecia gospodarze domu przygotowali wystawę zdjęć - pretekst do wspomnień, także o najmłodszym pokoleniu dorastającym w Pierzchnicy.

    Czytaj treści premium w Echu Dnia Plus Świętokrzyskim

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (3)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (3) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Wideo

    Galerie zdjęć

    Polecamy

    Miss i Mister Studniówki 2019| Głosowanie zakończone

    Miss i Mister Studniówki 2019| Głosowanie zakończone