Krzysztof Zemeła: - cała wspólnota skarżyskiego klasztoru została zamordowana jednego dnia

Mateusz Bolechowski
Rozmowa z Krzysztofem Zemełą o książce "Skarżyscy męczennicy"

Kilka dni temu ukazała się pańska książka „Skarżyscy męczennicy”. Jak doszło do jej napisania?
To pewna kontynuacja. 10 lat temu z okazji 50 rocznicy istnienia parafii i 70 - tej założenia klasztoru ojców Franciszkanów w Skarżysku napisałem syntezę dziejów parafii i zakonników w naszym mieście. Teraz, na 80 - tą rocznice, zaproszono mnie do współpracy. W dyskusji z ojcami zwróciliśmy uwagę na wyjątkowy fakt - cała wspólnota skarżyskiego klasztoru została zamordowana jednego dnia. Zrodził się pomysł, by opisać pierwsze trzy lata działalności Franciszkanów w Skarżysku, budowania wspólnoty, chciałem wyeksponować to, co działo się od wybuchu II wojny światowej do lutego 1940 roku.

Tytuł brzmi „Skarżyscy męczennicy”

Nie są nimi w sensie kanonicznym. Klasztor był miejscem spotkań konspiratorów, tu gromadzono broń, amunicję. Męczennikami są w sensie patriotycznym. Zasadniczą częścią pracy było przybliżenie sylwetek tych bohaterów, rozstrzelanych na Borze.

Co to byli za ludzie?
Wszyscy urodzili się w czasie zaborów. Pięciu pochodziło z Galicji, dwaj z zaboru pruskiego i rosyjskiego. To byli młodzi ludzie, ale znali cenę wolności - urodzili się w niewoli, dorastali już w wolnej Polsce. Gdy ich zabili Niemcy, najstarszy miał 35 lat.

Jak wyglądała praca nad książką?
Miałem rozeznanie w archiwach. Teraz starałem się dotrzeć do teczek personalnych braci. Udało się, nie bez trudności. Odwiedziłem miejsca ich urodzenia, by przejrzeć akta parafialne. To była bardzo ciekawa lektura. Jako historyka zastanawia mnie jedno. Coraz więcej wiemy o ofiarach, dbamy, by pamięć o nich była powszechna. Za to mało wiemy o katach. Kto wydawał rozkazy, przesłuchiwał, katował - o tych ludziach wiedza jest niepełna.

Wiemy, dlaczego zakonnicy „wpadli”?
W ówczesnych warunkach trudno było zachować konspirację. Nie brakowało konfidentów, choć ich również nie znamy. Skarżysko miało ważną fabrykę amunicji, siłą rzeczy zainteresowanie służb miastem było duże. Nie bez powodu Niemców w naszym mieście w 1939 roku witała oficjalna delegacja, z kwiatami i swastykami na rękawach.

Padają opinie, że zdrajcą był Franciszkanin - Japończyk.
Ojciec Ludwik Kim rzeczywiście pojawił się w klasztorze, ale kilka dni po aresztowaniu braci. Z pewnością nie miał z tym nic wspólnego.

ZOBACZ TEŻ:
CoolTour - Ogólnopolski Magazyn Kulturalny

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie