Na szczycie radość i wzruszenie

Iwona OGRODOWSKA-OGÓREK
Do wyprawy na najwyższą górę Ameryki Południowej, Aconcagua, Miłosz Gawor przygotowywał się około trzech miesięcy.
Na wyprawę wyruszyło osiem osób z całej Polski i chłopak pracujący w Brukseli.
Na wyprawę wyruszyło osiem osób z całej Polski i chłopak pracujący w Brukseli.

Na wyprawę wyruszyło osiem osób z całej Polski i chłopak pracujący w Brukseli.

Aconcagua to drugi pod względem wysokości szczyt korony Ziemi, 6959 metrów nad poziomem morza. Znajduje się w Andach, świętych górach Inków. Jest pokryty wiecznym śniegami i lodowcami. We wspinaczce na szczyt kamiennego strażnika, trwającej kilkanaście dni, uczestniczył starachowiczanin Miłosz Gawor, nam opowiada niezapomniane wrażenia z wyprawy.

Miłosz Gawor na szczycie kamiennego strażnika.
Miłosz Gawor na szczycie kamiennego strażnika.

Miłosz Gawor na szczycie kamiennego strażnika.

Miłosz Gawor ma 30 lat, górami zaczął się interesować, kiedy był na studiach. Zakwalifikował się do wyprawy górskiej do Francji.

- Najpierw były eliminacje, dostaliśmy wtedy niezły wycisk. Organizatorzy byli dla mnie guru i to oni wprowadzili nas w tajniki wspinaczki - opowiada starachowiczanin. - Rozpocząłem dalsze kształcenie, ukończyłem kursy skałkowe, wspinaczkowe, kurs taternicki. Najpierw były wyjazdy w Tatry, później w Alpy, a w tym roku wspinałem się w Andach.

Do wyprawy na najwyższą górę Ameryki Południowej, Aconcagua, pan Miłosz przygotowywał się około trzech miesięcy. Góra leży na granicy Argentyny i Chile. Na wyprawę wyruszyło osiem osób z całej Polski i chłopak pracujący w Brukseli.

- Kontakt nawiązaliśmy za pośrednictwem Internetu. Spotkaliśmy się w Tatrach na wspólnym wyjeździe, aby się poznać i zaplanować wyprawę w Andy - mówi nasz rozmówca.

Dwie doby w podróży

Pakowanie się, jak mówi podróżnik, to nie lada sztuka. Sprzęt, żywność i ubrania, ekwipunek na trzytygodniowy wyjazd należy spakować tak, aby dopasować do limitu wagowego bagażu narzuconego przez przewoźnika.

- Nasze bagaże zdecydowanie przekraczały wagowe limity. Najcięższe ubrania zakładaliśmy na siebie, więc wyglądaliśmy dziwnie w ciężkich, plastikowych butach, polarach, kurtkach puchowych. Bagaż podręczny, który nie jest ważony na lotnisku to metalowe akcesoria do wspinaczki. Dotarcie do celu wycieczki zajęło nam dwie doby.

Ośmioosobowa ekipa z Polski wylądowała na lotnisku w Buenos Aires w Argentynie.

- Wyprawa była w lutym. U nas temperatura minus 20 stopni, a w Buenos 35 stopni ciepła - mówi Miłosz Gawor. - Egzotyka - palmy, Indianie na ulicach, piękne słońce i my w... puchowych kurtkach i butach do wspinaczki lodowej. Przebraliśmy się jeszcze na lotnisku. Czekała nas piętnastogodzinna podróż autokarem do Mendozy. Mieliśmy kilka godzin na to, aby zwiedzić Buenos Aires. Bardzo ciekawe miasto. Spacerujący Indianie, sok z pomarańczy wyciskany na ulicy, pyszne wino argentyńskie i najlepsze, rozpływające się w ustach steki wołowe. Argentyna jest krajem niskich cen, utrzymanie jest tam dwa razy tańsze niż na przykład w Polsce.

Andyjskie słońce jest bezlitosne

Wyprawa na Aconcagua to, jak mówi nasz rozmówca, wyzwanie. Jest to druga, po Mont Everest góra korony Ziemi. Jest to przepiękna góra i to był główny powód, dla którego grupa Polaków zdecydowała się na tę wyprawę.

- Na miejscu musieliśmy uzyskać pozwolenie na wejście do parku narodowego i pozwolenie na zdobycie szczytu - opowiada starachowiczanin. - W Mendozie rozpoczęliśmy poszukiwania agencji trudniącej się wynajmem mułów, które do wysokości ponad 4 tysięcy metrów n.p.m. miały nieść część naszego bagażu. W wyprawę wyrusza poganiacz, opiekujący się trzema mułami, który wygląda, jak południowoamerykański kowboj. Jest to duża wygoda, niemniej jednak, nie zawsze udaje się zachować bagaż w stanie nienaruszonym po takiej podróży. Bagaże, do 60 kilogramów wagi, są powrozami przywiązywane do zwierząt, które przeciskają się przez skały, krzaki, co skutkuje ich rozerwaniem. Na szlaku można odnaleźć rzeczy, jakie powypadały z plecaków przemierzających tę trasę. Z Mendozy ruszyliśmy do kolejnej miejscowości typowo górskiego kurortu narciarskiego. Tam weszliśmy w dolinę Punta de Vacas, gdzie rozpoczyna się szlak wiodący na szczyt. Doliną szliśmy trzy dni i nie było widać jej końca. Po drodze w wyznaczonych miejscach są obozowiska, gdzie rozbijaliśmy namioty. Andyjskie słońce jest bezlitosne. Miałem krem z filtrem "50", pomimo to pod koniec dnia nie mogłem dotknąć tych części ciała, których nie zakrywało ubranie. Było sucho, cały czas wiał wiatr, więc bardzo nie odczuwaliśmy słońca, które przygrzewało, bo luty w Argentynie to miesiąc letni.

Na szlaku

W dzień grzało andyjskie słońce, nocą natomiast, jak mówił podróżnik, było bardzo zimno, temperatura spadała poniżej zera stopni Celsjusza.

- W południe upał, a wieczorem zakładaliśmy polary, czapki, rękawiczki - opowiada Miłosz Gawor. - Na wysokości powyżej 3 tysięcy metrów nad poziomem morza organizm odczuwa brak tlenu, mogą pojawić się objawy choroby wysokościowej. Szliśmy wzdłuż koryta rzeki, którą czasem trzeba było przejść. Na tej wysokości oczywiście nie ma mostów na rzece, więc szukaliśmy najpłytszych odcinków. Andyjskie rzeki biorą swój początek z topniejących lodowców i najniższy poziom wody jest wcześnie rano, kiedy słońce jeszcze nie zaczyna rozpuszczać lodowców w górnych partiach doliny. Natomiast wejście do takiej rzeki, kiedy rano temperatura powietrza wynosi około 5 stopni wymaga sporo samozaparcia. Woda niesie otoczaki, całkiem sporej wielkości kamienie, które skutecznie usiłują zbić z nóg, przeprawiających się przez rzekę. Pod koniec drugiego dnia wędrówki doszliśmy do miejsca, skąd widać było górę, na którą zmierzaliśmy. Daleko pomiędzy zboczami górskimi.

Krajobraz półpustynny. Zbocza górskie są zwietrzałe brązoworude, kolczasta roślinność. I nagle na tym tle w oddali oczom podróżników ukazały się białe, pokryte lodowcem wzgórza Aconcagua.

- Pod koniec trzeciego dnia wędrówki dotarliśmy do bazy, większego obozowiska, na wysokości ponad 4 tysięcy metrów nad poziomem morza - opowiada młody podróżnik. - W bazie znajduje się punkt medyczny, gdzie przeszkoleni strażnicy parku mierzą saturację, czyli poziom wysycenia organizmu tlenem, który jest elementem odzwierciedlającym stopień aklimatyzacji. Poniżej pewnej granicy można dalej iść tylko na własne ryzyko. Podpisuje się dokument, wtedy strażnicy nie są obligowani do akcji górskiej, bo wychodzimy na własne ryzyko. Trzeba znać własny organizm. Najbardziej obawialiśmy się, że nie dotrzemy na szczyt. Bałem się, jaka będzie pogoda, bo to rzecz, na którą nie mamy wpływu. Ale było w porządku.

Na szczyt Aconcagua wiedzie kilka dróg. Wyprawa trwała kilkanaście dni. Podróżnicy z Polski wybrali początkowo wariant bardziej ambitny, czyli wejście drogą przez "lodowiec Polaków". Jest to, jak mówią trudniejsza trasa. Do pewnej wysokości wszystko było w porządku.

- Na wysokości prawie 6 tysięcy metrów nad poziomem morza, zaczął padać popołudniami śnieg - opowiada nasz rozmówca - Groziło to szybkim zejściem lawin. Ponadto od ponad miesiąca nikt nie szedł tą trasą, więc lodowiec był "nieprzetarty". Musieliśmy zmienić plany, bo w taką pogodę albo byśmy fizycznie nie dali rady, albo "zjechali" z lawiną. Walczyliśmy z objawami choroby wysokościowej. Tętno 120 uderzeń na minutę, każda najmniejsza czynność doprowadza do zadyszki. Organizm uzupełnia niedobór tlenu przyspieszoną akcją serca. Towarzyszy temu koszmarny ból głowy. Trzeba schodzić na dół, wchodzić ponownie, wtedy organizm się wprowadza w taki cykl aklimatyzacyjny.

Na szczycie

Ostatni fragment to kuluar "Canaletta", zbocze jest strome, a alpinistom sił brakuje.

- Idziemy się w tempie bardzo wolnym co 10, 20 kroków przerwa. Na szczycie. Przychodzi ulga..., że już nie trzeba iść dalej - mówi podróżnik. - Radość i niesamowite wzruszenie, że się udało. Szczyt, to płaski rozległy wierzchołek z drewnianym krzyżem na środku. Przy krzyżu leży wiele różnych drobiazgów. To jest taki wspinaczkowy zwyczaj, że jeżeli szczyt jest pokryty lodem i nie można sobie na pamiątkę wziąć kamyka, wtedy zabiera się drobiazg zostawiony przez inną osobę, a w to miejsce dajemy coś od siebie. To taka pamiątka. Po około godzinie ruszyliśmy z powrotem w dół. Po 20 godzinach byliśmy przy namiotach. Mam plany kolejnej podróży i poszukuję sponsora. Mogę zaoferować pełną dokumentację zdjęciową z wyprawy. Zdjęcie na szczycie z logo czy bannerem firmy sponsorującej. Sponsor może wykorzystać do własnych celów reklamowych czy marketingowych. A dlaczego warto to robić? Znany włoski himalaista i podróżnik Reinhold Messner napisał: "Dlaczego się wchodzi na góry - bo są".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie