Ratowali Żydów w czasie wojny - dwie niezwykłe historie

    Ratowali Żydów w czasie wojny - dwie niezwykłe historie

    Lidia CICHOCKA

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Marian Bania odbiera medal z rąk ambasadora Izraela w Polsce Zvi Rav-Nera.

    Marian Bania odbiera medal z rąk ambasadora Izraela w Polsce Zvi Rav-Nera.

    Dwie niezwykłe historie świętokrzyskich rodzin, które ratowały w czasie wojny Żydów. W ostatnich dniach zostały wyróżnione przez ambasadora Izraela.
    Marian Bania odbiera medal z rąk ambasadora Izraela w Polsce Zvi Rav-Nera.

    Marian Bania odbiera medal z rąk ambasadora Izraela w Polsce Zvi Rav-Nera.

    Leon Ślwiński otrzymał honorowe obywatelstwo Izraela. Aleksander Piekarski

    Leon Ślwiński otrzymał honorowe obywatelstwo Izraela.
    (fot. Aleksander Piekarski )

    Ambasador Izraela wręczył medal Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata pochodzącemu spod Pińczowa Marianowi Bani i honorowe obywatelstwo Izraela kielczaninowi Leonowi Śliwińskiemu. Obie rodziny ratowały w czasie wojny Żydów.

    - Dlaczego dopiero dziś, po 70 latach wręczamy medal Sprawiedliwy wśród narodów świata - pytał ambasador Zvi Rav-Ner w sali kieleckiego ratusza.
    - Bo jest to dla nas bardzo ważne by wyrazić wdzięczność tym, którzy ratowali, chcemy to powiedzieć wnukom. Bo to, co oni robili nie było oczywiste. Oni ratowali ludzkie życie i ludzkość. To daje nadzieję, że nawet w najgorszych czasach można poprawić świat.

    Słowa ambasadora zwrócone były do rodziny Zofii Banii. Ona sama nie doczekała tego dnia.

    TAK WIELE CUDÓW

    O wspólnych losach rodzin Rubinków i Baniów pięknie opowiada film, który nakręcił Samuel Rubinek, kanadyjski aktor i reżyser. To on przyjechał z rodzicami do Pińczowa i z kamerą w ręku utrwalał ich każdy krok i słowo. Film nosi tytuł "Tak wiele cudów".

    Pierwszym cudem było ocalenie z rzezi u bramy kościoła. Rodzice Franciszki mieli dom w pińczowskim rynku i razem z innymi Żydami zostali zapędzeni przed kościół, w którym zastrzelono Niemca. W odwecie faszyści otworzyli ogień do niewinnych ludzi. - Ojciec krzyczał byśmy pędzili pod same drzwi, upadliśmy pierwsi, te krzyki , strzały słyszę do dziś - opowiadała płacząc pani Franciszka. Gdy wszystko ucichło leżeli bez ruchu długie godziny. To był cud kiedy wyszli spod trupów, przeżyli tę masakrę.

    W czasie wywózki wszystkich pińczowskich Żydów ukryli się. O pomoc poprosili znaną ze sklepu dziewczynę, Zofię Banię. Dom, w którym spędzili 28 miesięcy stoi do dzisiaj. Ta sama izba, w której mieściło się małżeństwo Rubinków i Baniów z 6-letnim wtedy synkiem Mańkiem. Mąż Zofii, nie był zachwycony takimi gośćmi, nie raz okładał żonę. - Ale nigdy nas nie zdradził - wyznają Rubinkowie. Za swoje utrzymanie płacili, ale kiedy pieniądze się skończyły nikt ich nie wyrzucił. Kiedy ktoś zbliżał się do chałupy Rubinkowie chowali się do środka pieca. - Jak to było możliwe - pytał patrząc na ten piec i płacząc Izrael.

    Życie ocalił im także Maniek. Kiedy pewnej nocy do chaty przyszli Niemcy i rozłożyli się na spanie, Żydzi ukryli się w piecu. Izrael był chory i kaszlał a Maniek leżąc koło pieca całą noc zanosił się od kaszlu. - Robiłem tak żeby was nie odkryli - wyznał.

    Historia ta ma i swoje ciemne karty. Franciszka była w ciąży i kiedy urodziła, Zofia zabrała dziecko. Nigdy nie powiedziała co się z nim stało. Rodzice domyślali się, że mogła je zabić, ale być może była to cena życia ich wszystkich, bo płaczące niemowlę mogło zdradzić obecność gości.

    Po wojnie Rubinkowie wyjechali, dotarli do Kanady, zostali rodzicami i dziadkami. Cały czas pomagali Zofii Bani a do Polski wrócili na jej wezwanie. Chciała się z nimi zobaczyć przed śmiercią, uściskać. Spotkanie było bardzo serdeczne, pełne łez.
    Podobnie wzruszony odbierając medal był Marian Bania, syn. - Grałem swoją rolę jak mogłem - powiedział załamującym się głosem. - Przeżyło się szczęśliwie wojnę i żyje do dzisiaj.

    DLA PRZYJACIELA

    Leon Śliwiński jest dzisiaj starszym panem, który porusza się i mówi z trudem. W czasie wojny, kiedy rodzina zmuszona była opuścić dom przy ulicy Leśnej w Kielcach i osiadła na podkieleckiej wsi był tym, który jeździł do miasta handlując chlebem, wędliną. Wpadał też do getta i tam zobaczył kolegę z podwórka Dawida Friedmana. - O to by go zabrać z getta poprosił mnie opiekujący się nim pan Rozenberg, bo rodzice Dawida już nie żyli - opowiadał. Musiał zapytać rodziców a ci wyrazili zgodę.

    Kolejnego dnia chłopcom: pan Leon miał tedy 14 lat, Dawid 12, udało się uciec. Kolejką leśną dojechali do Daleszyc. - Dawid był siny, nie wiem z zimna czy strachu - opowiadał pan Leon. Rodzice bardzo serdecznie go przywitali, wyrobiono dla niego papiery na nazwisko Zygmunt Śliwiński a sąsiadom przedstawiono jako krewnego z Warszawy. Rodzina z piątką dzieci szczęśliwie przeżyła wojnę. Nie udało się to siostrzyczce Dawida, która zginęła wraz z opiekunem i ukrywającymi ich Polakami, Niemcy wszystkich rozstrzelali.

    Po wojnie Dawid przez jakiś czas mieszkał w domu na kieleckich Plantach, stamtąd przez Kraków i Chrzanów , gdzie uczył się języka jidisz trafił do Izraela. W 1996 zaprosił do siebie Leona. - Byśmy się rozpoznali na piersiach miał tabliczkę z napisem Zygmunt Ślwiński. Podejmował nas bardzo serdecznie.

    W 1991 roku rodzice pana Leona: Leonia Śliwińska z domu Berendt i Bolesław Śliwiński otrzymali tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata a 23 maja 1993 roku wręczono go panu Leonowi. Na pytanie dlaczego narażał swe życie odpowiada: - Chciałem uratować Dawida przed śmiercią, bo wiedziałem, że z getta wywożą do obozu koncentracyjnego i tam mordują.

    Czytaj treści premium w Echu Dnia Plus Świętokrzyskim

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (15)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (15) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo