Spowiedź ekologa. Wyjątkowa rozmowa z Łukaszem Misiuną, znanym obrońcą przyrody ze Świętokrzyskiego.

Mateusz Bolechowski
Mateusz Bolechowski
Łukasz Misiuna z Kielc, przyrodnik, ornitolog i psychoterapeuta, twórca stowarzyszenia Most mówi o swojej pasji, leśnikach, myśliwych i czekającej nas zagładzie. Dlaczego siadając do stołu ma wyrzuty sumienia? Czy z przyrodnikami można się dogadać? Jak zmienia się świętokrzyska przyroda?

Jak się zostaje ekologiem?

Wolę nazwę przyrodnik, a najbardziej podoba mi się XIX wieczny „naturalista”. Od 30 lat obserwuję ptaki, a od 10 lat interesuję się nietoperzami. Ukończyłem też studia, które pozwalają mi się nazywać specjalistą do spraw zarządzania zasobami przyrody i środowiska. I głównie tym się obecnie zajmuję. Dziś słowo ekolog ma negatywne konotacje, szczególnie w niektórych środowiskach prawicowych, ale też wśród urzędników i biznesmenów. Czasem to brzmi jak obelga. Ekolog = ekoterrorysta albo ekologista. Są ludzie wśród samorządowców, leśników, przedsiębiorców, którzy słowami próbują zdeprecjonować tych, którzy troszczą się o środowisko. A ekolog to naukowiec, ekologia to nauka, nie ideologia.

Trochę sobie sami zasłużyliście…

Ekolog kojarzy się ze sprzeciwem, blokowaniem inwestycji, przykuwaniem się do drzew, czego nigdy nie robiłem. Choć dopuszczam w wyjątkowych przypadkach czynny opór wobec niszczenia natury. Na opór zasłużyli sobie urzędnicy.

Spytam inaczej – skąd pańskie zainteresowanie przyrodą?

Zaszczepił mi je dziadek z Grzybowej Góry pod Skarżyskiem. Zabierał do lasu, opowiadał, pokazywał albumy… Poszedłem do technikum leśnego, potem wstąpiłem do klubu ornitologicznego w Kielcach, związałem się z Towarzystwem Badań i Ochrony Przyrody, w końcu założyłem stowarzyszenie Most, które działa już 12 rok.

Środowiskiem zajmuje się pan od początku lat lat 90 tych. Jak wypada porównanie jej stanu 30 lat temu z obecną sytuacją?

Wiele się poprawiło. Woda jest czystsza, powietrze też. Nawet powierzchnia lasów się zwiększa. Z drugiej strony mamy smog, zniszczony Bałtyk, osuszone mokradła. Presja na przyrodę z powodu licznych inwestycji jest dziś dużo większa, a siedliska zostały mocno podzielone – drogami czy osiedlami. W świecie zwierząt zaszły duże zmiany. Niegdyś pospolite gatunki jak słowik szary czy choćby gawron są dziś zagrożone. Inne, jak czapla biała, kruk czy żuraw, 30 lat temu bardzo u nas rzadkie, znacząco zwiększyły liczebność. Coraz więcej jest bobrów, wydr, w świętokrzyskie wróciły wilki i jest ich coraz więcej. Za to giną gatunki wymagające mokradeł i zbutwiałego drewna w lasach. Niepokoi ubywanie ptaków wodno błotnych, dawniej powszechnie spotykanych, w tym niektórych kaczek i perkozów. Ale też źle się mają gatunki łąkowe, nawet skowronek. Natura zmienia się dynamicznie. Niestety tę dynamikę dziś narzuca człowiek.

Jest pan postrachem urzędników.

Nigdy nie chciałem nim być. Przez lata, działając na rzecz przyrody, spotykałem się z urzędniczą arogancją. Nie mogłem się dogadać jako obywatel, zacząłem więc używać urzędniczego języka i metod, które są straszne nawet dla nich samych. Skoro urzędnicy nie chcieli się nauczyć języka obywateli, obywatele musieli się nauczyć języka urzędników.

Walczy pan o to, by ze Świętokrzyskiego Parku Narodowego nie wyłączać jednego fragmentu. Dyrektor parku twierdzi, że chodzi o wybrukowany dziedziniec przy klasztorze. To jest miejsce cenne przyrodniczo?

Zarówno ja, jak i kilkadziesiąt organizacji z całej Polski i naukowcy nie godzimy się na fragmentację parku. Już w czasie zaborów postulowano ochronę Łyśca. Spór idzie o dziedziniec, fragment klasztoru i okoliczne zadrzewienia, łącznie 1,3 hektara. Specjaliści odkryli tam występowanie kilkudziesięciu rzadkich gatunków zwierząt i roślin. Do tego dochodzi wartość kulturowa klasztoru. Pierwotnie rząd chciał oddać zakonnikom 6 hektarów, po naszych protestach ograniczono ten obszar. Nie mam problemu z tym, żeby klasztor należał do ojców Oblatów. Chodzi o to, żeby nie wyłączać go z Parku Narodowego. Ojciec Puchała ma inwestycyjne plany. Jeśli teren zostanie wyłączony, zakonnicy będą mogli zrobić na nim wszystko. Szczyt Łyśca to nie jest miejsce na hotel i kramy, oraz budki z kurczakami z rożna. Nigdy wcześniej tego tu nie było i nie powinno być. Wycięcie tego fragmentu z ochrony pociągnie za sobą lawinę destrukcyjnych procesów i stworzy niebezpieczny precedens.

Naprawdę, nie można się porozumieć z Oblatami?

Ministerstwo Środowiska chce z nimi zrobić interes. Dlatego dziś władze Świętokrzyskiego Parku Narodowego wykonują decyzje polityczne, nadane z góry. Ojcowie Oblaci to trudny partner do rozmów. Pięciu dyrektorów parku straciło stanowiska, bo się im przeciwstawiali. Obecny zgadza się na wszystkie ich roszczenia.

Podobno storpedował pan budowę lotniska w Obicach. Miała być chluba regionu, a będzie rezerwat przyrody…

Nie, rezerwatu pewnie nie będzie, choć rzeczywiście, żyje tam wiele chronionych gatunków, a siedlisko jest cenne przyrodniczo. Były prezydent Kielc Wojciech Lubawski chciał zbudować lotnisko na terenie źródlisk i torfowisk. Samo umocnienie tego terenu kosztowałoby fortunę. To był od początku chybiony pomysł.

Jakby dobrze poszukać, pewnie na każdej łące znalazłyby się chronione gatunki. W ten sposób można uniemożliwić każdą budowę.

Tak nie jest. Mamy wiele terenów, na przykład porolnych, poprzemysłowych, ugorów, które nie mają dużej wartości. Nie walczę o każdy kawałek z zielenią, tylko o te najcenniejsze. Nie widzę powstających jak grzyby po deszczu rezerwatów przyrody. Ostatni w świętokrzyskim powstał 10 lat temu. Ile w tym czasie zbudowano dróg, domów, zakładów, chlewni i całej reszty?

Jest pan radykałem?

Słyszałem takie opinie. Moim zdaniem to, co robię, jest zupełnie rozsądne. I niezbędne.

Ostatnio za sprawą „czerwonej mapy” głośno się zrobiło o wycinkach lasów. Przeglądając ją pobieżnie można odnieść wrażenie, że wkrótce pod topór pójdą niemal wszystkie lasy w Polsce.

Mapa jest oparta na danych z Lasów Państwowych. Mnie nie zszokowała. Faktycznie, oglądając ją, można było uznać, że wszystko, co zaznaczono tam na czerwono, zostanie wycięte, a to nieprawda. Wiadomo, że lasy są wycinane i pielęgnowane. Pełnią w większości funkcję gospodarczą. Twórcy mapy przyznali, że trzeba wprowadzić w niej zmiany, by była bardziej czytelna. Szkoda, że leśnicy nie zrobili własnej mapy, dostępnej dla obywateli.

Leśnicy mówią, że są zaszczuci przez pseudoekologów.

Leśnicy mają więcej pieniędzy niż wszystkie organizacje ekologiczne razem wzięte i mnóstwo narzędzi, by wytłumaczyć ludziom, jak wygląda gospodarka leśna. Nie zrobili w tym względzie nic.

Dziś tnie się więcej drzew, niż dawniej?

Jestem często w terenie i widzę, że wycinki są znacznie większe, niż jeszcze niedawno. To wynika z faktu, że drzewa właśnie dorosły do wieku rębnego. Gospodarowanie lasami jest dziś lepsze niż dawniej. Odchodzi się od sadzenia monokultur, to jest super. Leśnicy wyciągnęli naukę z błędów popełnianych w czasach PRL-u. Jednak nadal jest dużo do poprawy. Koncentrują się na gospodarczej funkcji lasów, a zgodnie z prawem pełnią one jeszcze funkcje przyrodniczą i społeczną. Moim zdaniem brakuje równowagi między tymi funkcjami.

Więc skąd te zarzuty o rabunkową gospodarkę?

Chodzi o zmianę systemu. Dziś ochroną ścisłą, która chroni procesy przyrodnicze i sieci zależności między organizmami, objętych jest jakieś 1 procent powierzchni lasów Polski. Chcemy, by to było przynajmniej kilkanaście procent. Gospodarka ani Lasy Państwowe nie runą, jeśli będzie się zostawiało stare lasy, rosnące na przykład nad ciekami wodnymi. Obecnie prowadzi się wyręby także w okresie lęgowym ptaków, co nie powinno mieć miejsca. Powinno być zostawiane więcej martwego drewna w lasach, jest konieczne do życia bardzo wielu gatunków zwierząt, grzybów i roślin.

Znana organizacja ekologiczna, Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot, bije na alarm – w Puszczy Świętokrzyskiej pod topór idą ostatnie jodłowe giganty. Leśnicy tłumaczą, że wycięli pojedyncze drzewa zakażone jemiołą. Kto ma rację?

Stowarzyszenie Most nie widziało powodów, dla których miałoby się zająć sprawą wycinki jodeł na terenie Nadleśnictwa Suchedniów. Zajęła się tym Pracownia. Inwazja jemioły jest faktem i to poważny problem. Przy czym uważam, że ścięte drzewa można było zostawić w lesie, by zgniły. To byłoby z korzyścią dla lasu. Nie wiem czy usuwanie drzew zajętych przez jemiołę to skuteczna metoda.

Zajęła się w rzetelny sposób?

Drzewo zaatakowane przez jemiołę i narażone na atak korników można traktować jako drzewo podlegające naturalnym procesom przyrodniczym, ale też jako drzewo zaatakowane przez patogeny, które niosą ryzyko utraty cennego surowca drzewnego. To są dwie perspektywy, które ogniskują problem w podejściu obrońców lasów i leśników. Ci drudzy widzą zagrożenie dla gospodarczej funkcji lasów, przyrodnicy dla bioróżnorodności. Dokąd najcenniejsze lasy w Polsce będą lasami gospodarczymi, przyrodnicy nie odpuszczą. Nikt nie oczekuje, że w lasach nie będzie wycinek. Ale oczekujemy, że te 10-30% lasów będzie wyłączone ze zwykłej gospodarki. Ponad 100-letnie jodły o obwodzie ponad 2 metrów to nie są takie znowu zwykłe drzewa. Rozmawiałem z leśnikami. Zgadzamy się w tym, że wieloletnia susza osłabiła drzewostany jodłowe. Stały się podatne na atak jemioły a następnie korników. Czy to znaczy, że wytniemy wszystkie jodły zarażone jemiołą? Co nam zostanie w Górach Świętokrzyskich? A może właśnie to jest proces, który ma zajść? Odwodniliśmy Polskę, lasy schną, korniki atakują. Jestem przekonany, że leśnicy cięciami sprawy nie załatwią. I to nie jest krytyka. To jest prośba.

Ponoć Puszcza Świętokrzyska ma wyjątkową wartość dla przyrody.

Lasy w Nadleśnictwie Suchedniów to największy kompleks w regionie. Na części obszaru są równie wartościowe, albo nawet bardziej, niż niektóre parki narodowe w Polsce.

Ale tam jest prowadzona normalna gospodarka.

Tak, ale bioróżnorodność tych lasów też się zmienia na niekorzyść. Tak twierdzą naukowcy, którzy te tereny badają. Wciąż odkrywane są tam nowe gatunki, ale to wynika raczej z większej intensywności pracy fachowców.

Przyrodnik może się dogadać z leśnikiem?
Są między nami ogromne różnice, ale potrafimy dojść do porozumienia. I to przynosi dobre skutki. W nadleśnictwach Zagnańsk, Kielce, Staszów czy Suchedniów efektem rozmów było wyłączenie z eksploatacji cennych obszarów. Nie jestem wrogiem leśników. Chciałbym, żeby uwzględniali nasz głos. Czasem ostro się spieramy, ale w społeczeństwie obywatelskim taki spór między urzędnikami a organizacjami uważam za normalny i czasem konieczny.

Ostatnio wybuchła afera w sprawie wycinki lasów na terenie Kielc. Lasy Państwowe pozyskują tam ledwie po pięć metrów sześciennych drewna z hektara. Czy to nie jest burza w szklance wody?

Trochę jest. Wiele razy mówiłem, że te cięcia nie są problemem. Niestety, leśnicy przygotowując wycinki, nie dołożyli starań, by wytłumaczyć mieszkańcom zasadności tego, co robią. Moim zdaniem lasy na terenie miast powinny pełnić funkcję społeczną, a nie gospodarczą. Co nie znaczy, że nie będą tam konieczne cięcia pielęgnacyjne

Po obu stronach widać eskalację i coraz bardziej radykalne postawy.

Rzeczywiście, można odnieść wrażenie, że dziś wszystko może być powodem awantury. Obie strony okopały się na swoich stanowiskach i „jadą po bandzie”. Tyle, że to Lasy Państwowe dysponują wszelkimi narzędziami, żeby forsować swoje stanowisko. Polacy chcą mieć wpływ na to, co się dzieje z ich współwłasnością. I wydaje mi się, że z tym mają problem zarówno leśnicy, jak i urzędnicy.

Wiele mówi się o lasach, ale zdaniem naukowców to rolnictwo ma największy wpływ na negatywne zmiany na świecie.

Wprowadzenie monokultur, chemizacja, wycinanie remiz śródpolnych, osuszanie łąk, skutkują między innymi ginięciem wielu gatunków zwierząt, także u nas. Rolnictwo na pewno ma większy wpływ na degradację Ziemi niż gospodarka leśna. Bycie wegetarianinem wcale nie znaczy, że jest się „eko”. Nawet rolnictwo ekologiczne, jak się okazuje, przy obecnej skali potrzeb nie gwarantuje ani zdrowej żywności, ani taniej produkcji, ani ochrony przyrody.

Na cenzurowanym są od dłuższego czasu myśliwi. Słusznie?

Charakter łowiectwa powinien się zmienić. Dopóki to była część kultury, sztuka podparta tradycją, miało to sens. Dziś znudzony życiem pan doktor albo biznesmen zostaje myśliwym i idzie sobie postrzelać, żeby poczuć dreszczyk emocji. Polowanie jest konieczne, kiedy zwierzyna powoduje straty w rolnictwie, albo żeby regulować populacje niektórych gatunków. Obawiam się, że często myśliwi sami stwarzają problem, dokarmiając zwierzynę i stawiając w miejscach dokarmiania ambony, żeby postrzelać. Nie ma to wiele wspólnego z regulacją wielkości populacji. To zaburza ich funkcjonowanie i powstaje wrażenie, że strzelać trzeba. Pewnie czasem trzeba. Może do zwierząt poważnie chorych? Powinni się tym zajmować wykwalifikowani ludzie, regularnie przechodzący badania psychologiczne. Nadzorowani przez państwo.

Myśliwi nie tylko zabijają zwierzęta, ale je zjadają. To chyba naturalne.
Polowanie dla mięsa jest ok, ale powinien być z niego wyłączony element frajdy. Żyjemy w czasach największej zagłady różnorodności gatunkowej w dziejach tej planety. Serio, koniecznie trzeba polować, żeby się zrelaksować? Nie ma możliwości, żeby wszyscy ludzie wyruszyli na łowy. Nie ma mowy, by polowanie było sportem albo zabawą. Zwierzęta można fotografować, a strzelać do rzutek. W dzisiejszych czasach polowanie nie jest w porządku. Uzasadniony w szczególnych sytuacjach odstrzał realizowany przez wyselekcjonowanych specjalistów mieści mi się w głowie. Rzeźnik zwykle nie odczuwa przyjemności, gdy zarzyna świnię.

To, czy ktoś odczuwa „przyjemność” zabijając ma znaczenie? Efektem tak czy siak jest mięso na stole. Zresztą, rzeźników chyba nikt nie bada, czy lubią swoją pracę.

Jednak nie słyszałem o stoiskach w supermarketach sportowych z fatałaszkami dla rzeźników, a dla myśliwych już tak. Nie widziałem też kolekcji zdjęć krowich łbów w mediach społecznościowych zamieszczanych przez rzeźników, a przez myśliwych tak. To czy się zabija dla przyjemności czy z innych pobudek ma ogromne znaczenie w przypadku ludzi. Nasz gatunek żyje nie tylko w świecie pełnych brzuchów, ale też w świecie wartości.

Idąc tym tokiem myślenia, wędkarstwa też powinno się zabronić.

To będzie kolejny etap. Wędkarstwo jest okrutnym sportem.

Je pan mięso?

Uwielbiam je, ale ograniczam. Przemysłowy chów zwierząt jest straszną rzeczą. Częściej zjadam ryby.

Przemysłowe rybołówstwo jest nie mniej okrutne. Czyli – je pan mięso z hodowli i ryby z sieciowych połowów, ale się nie cieszy.

Tak, mam wyrzuty sumienia. I stale minimalizuję udział mięsa i ryb w diecie. Miewam paromiesięczne okresy jarstwa. Zwykle kupuję ryby z gospodarstwa prowadzonego przez zaprzyjaźnionego doktora ichtiologii. Wie, co robi.

Ryba z rzeki ma chociaż szansę przeżycia i rozmnożenia się. Ta ze stawu nie ma żadnych. Podobnie jak dzik z lasu i świnia z chlewni. Może po prostu trzeba się pogodzić z tym, że jesteśmy drapieżnikami?

Ryba z rzeki łowiona na hak ma wypruwane wnętrzności, rozrywane skrzela, podniebienie. Nie pojmuję, jak można mieć z tego radość. Nie da się wyżywić Kielc z wędkarskich połowów w Lubrzance. Zabijanie dla sportu ryb, krów, kotów czy saren jest niepojętym dla mnie zajęciem związanym z czerpaniem radości z okrucieństwa. To dewiacja. Nauczyliśmy się zabijać dla frajdy, a nie z głodu. W wolnych chwilach od obciążającej pracy idziemy wyrwać organy wewnętrzne zwierzęcia. Jestem pogodzony z tym, że jesteśmy wszystkożercami. Ale skoro potrafimy snuć wyrafinowane koncepcje filozoficzne na temat piękna i dobra albo pisać sonety i modlić się do wszechdobrych istot, to potrafimy też w czasach globalnego kryzysu bioróżnorodności odmawiać sobie. Mam jeszcze resztki wiary, że potrafimy.

Da się pogodzić ludzkość z naturą?

To, co dziś dzieje się na naszej planecie, to szaleństwo. Przejadamy ziemię i będziemy to robić dotąd, aż populacja ludzi się nie załamie. Po prostu jest nas za dużo. Wykorzystując zasoby Ziemi tak, jak to robimy teraz, przybliżamy się do zagłady.

Wyjeżdżasz na wakacje? To musisz wiedzieć!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Trzymam kciuki za ,,ekoterrorystów".Miasto należy do mieszkańców a nie do urzędników i leśników.O drzewa należy dbać systematycznie a nie wpadać po latach zaniedbań jak tornado i robić demolkę.Trzeba informować mieszkańców o planach i brać pod uwagę ich uwagi.Nie wystarczy mi np. informacja,że Pl.Wolności to będzie cudo!Dla jednych cudo To parking podziemny i beton na zewnątrz,a dla drugich to przyjazne zielone miejsce dla ludzi w każdym wieku!

Dodaj ogłoszenie