Świętokrzyscy strażacy służą pacjentom chorym na Covid w Szpitalu Narodowym w Warszawie. Przerażająca relacja

Anna Bilska
Anna Bilska
Radosław Kałwa, ratownik medyczny i funkcjonariusz Państwowej Straży Pożarnej we Włoszczowie pomaga w szpitalu w Warszawie. Misja potrwa do końca maja.
Radosław Kałwa, ratownik medyczny i funkcjonariusz Państwowej Straży Pożarnej we Włoszczowie pomaga w szpitalu w Warszawie. Misja potrwa do końca maja. Fot. archiwum prywatne
Niosą pomoc i ratują życie nawet w najtrudniejszych warunkach. Czterech strażaków - ratowników medycznych ze Świętokrzyskiego oddelegowano do służby w covidowym szpitalu. O tym, jak wygląda ich praca w Warszawie i z czym muszą się mierzyć, opowiedział nam Radosław Kałwa, młodszy ogniomistrz z Państwowej Straży Pożarnej we Włoszczowie oraz ratownik medyczny w jędrzejowskim szpitalu.

Świętokrzyscy strażacy już niejedno widzieli; na co dzień spotykają się z ludzkim dramatem, ratują zdrowie i życie w pożarach i wypadkach. Niedawno przyszło im zmierzyć się z zupełnie nowym rodzajem służby. W stolicy walczą nie z ogniem, a z groźnym wirusem.

Decyzją Komendanta Głównego Państwowej Straży Pożarnej nadbrygadiera Andrzeja Bartkowiaka oddelegowano kolejnych 60 strażaków z Polski, posiadających uprawnienia ratowników medycznych, do Centralnego Szpitala Klinicznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w Warszawie. W tym gronie znalazło się czterech strażaków ze Świętokrzyskiego - młodszy kapitan Paweł Stefański i sekcyjny Michał Lis z Państwowej Straży Pożarnej w Sandomierzu oraz aspirant sztabowy Jerzy Koza i młodszy ogniomistrz Radosław Kałwa z Państwowej Straży Pożarnej we Włoszczowie, który opowiedział nam, jak wygląda ich służba "na froncie".

Jak przyznaje nasz rozmówca Radosław Kałwa, pomoc strażaków była i jest bardzo potrzebna służbie zdrowia, która w czasie pandemii pracuje na pełnych obrotach, często ponad siły.

Radosław Kałwa jest ratownikiem medycznym i strażakiem w Państwowej Straży Pożarnej we Włoszczowie, z którą związany jest od ośmiu lat. Pracuje także w jędrzejowskim szpitalu. Od 1 kwietnia, wraz z innymi strażakami - ratownikami, pomaga medykom w Warszawie - na oddziale nefrologii w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA oraz w szpitalu tymczasowym na Stadionie Narodowym.

- Pierwszy dyżur był dla mnie szokiem, widok zapełnionego szpitala i ogromnej ilości pacjentów pod respiratorami był przerażający. Myślałem, że nie dam rady - wspomina Radosław Kałwa. - Jeśli wciąż jest ktoś, kto nie wierzy w wirusa i pandemię, na taki widok szybko zmieniłby zdanie - mówi strażak, który już kolejny raz pomaga walczyć z pandemią. Wcześniej, wraz z innymi strażakami z Polski uczestniczył w misji na Słowacji, gdzie prowadzono masowe testy przesiewowe na obecność koronawirusa.

- Uważam, że jak ktoś decyduje się, być strażakiem ratownikiem, opiekunem medycznym, pielęgniarką czy sanitariuszem, to wie, co znaczą słowa roty ślubowania. Deklarowaliśmy się służyć i pomagać ludziom nawet w najtrudniejszych sytuacjach - zaznacza. - Służba w szpitalu covidowym jest dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Wcześniej, z racji pracy na jędrzejowskim SOR-ze, miałem kontakt z respiratorami, ale minimalny. Musiałem się podszkolić. A czym się tu zajmujemy? Robimy właściwie wszystko, co możemy. Pobieramy krew, podajemy leki, obsługujemy pompę infuzyjną i wykonujemy wiele innych czynności. Są pacjenci, którzy muszą być nadzorowani non stop. Muszę powiedzieć, że inicjatywa komendanta głównego pokazała, jak wielu ratowników jest wśród strażaków i jak bardzo ich umiejętności teraz się przydają. Personel szpitala jest bardzo zadowolony z naszej obecności. Medycy mają bardzo dużo pracy, biorą dodatkowe dyżury, są przemęczeni. Myślę, że psychicznie też ciężko to znoszą. Wielu pacjentów nie udaje się uratować. My pracujemy w systemie 3 godziny pracy i 3 godziny odpoczynku, ale czasem trudno trzymać się harmonogramu. Jest dużo do zrobienia.

Strażacy w Warszawie mają służyć do końca maja. Wszyscy na ten czas otrzymali zakwaterowanie w hotelu. Na Radosława Kałwę w domu czeka żona Ewa i dwuletnia córeczka Marysia. - Liczę, że niebawem wrócę do domu do rodziny. W tym miejscu zaznaczę, że czujemy się tu bezpiecznie. Wiem, że wiele osób boi się i ostrożnie podchodzi do pracowników medycznych z obawy przed zarażeniem, ale szpital jest dostosowany do obostrzeń, mamy śluzy, specjalne pomieszczenia do przebierania. Wychodząc od chorych korzystamy z osobnego wejścia. Dostajemy jednorazowe ubranie, ręczniki i bierzemy prysznic. Jestem pod wielkim wrażeniem organizacji tego szpitala oraz opieki nad pacjentami. Trochę to wygląda jak w Leśnej Górze (śmiech) [fikcyjny szpital w serialu "Na dobre i na złe" - przyp. red.]. Nie mniej jednak wiem, że błąd z mojej strony może spowodować zagrożenie dla własnego zdrowia oraz pacjenta.

Z Radosławem Kałwą pracuje aspirant sztabowy Jerzy Koza (także uczestniczący w misji na Słowacji) z włoszczowskiej jednostki oraz dwóch funkcjonariuszy z Sandomierza. - Jest z nami też wiele osób z różnych stron Polski. Wszyscy pracują z ogromnym zaangażowaniem, jednocześnie dbając o atmosferę. Na dłuższą metę taka służba byłaby ciężka, ale robimy, co możemy. To odciąża personel medyczny, którego zwyczajnie jest za mało. Na początku kwietnia było znacznie gorzej. Szpital narodowy był zapełniony, właściwie na każdym odcinku, czyli od "A" do "N". Literka "A" to najcięższe przypadki, a "N" łagodniejsze. Przy czym nie oznacza to, że do szpitala trafiały bardzo łagodne przypadki. To pacjenci, którzy przechodzili chorobę w szpitalu na innych oddziałach. Wczoraj byłem na odcinku "A" i byłem świadkiem jak starsza pani w poważnym stanie rozmawiała z rodziną przez kamerkę w telefonie, lecz to była jednostronna rozmowa. Pacjentka pod aparaturą wysokociśnieniowej tlenoterapii nie wypowiedziała ani słowa. Takie momenty zapadają w pamięć - opowiada Radosław Kałwa.

Choć wciąż jest wiele ciężkich przypadków, sytuacja w Tymczasowym Szpitalu Narodowym w Warszawie jest lepsza niż na początku kwietnia. - Pacjentów jest mniej, ale wciąż jest wielu wymagających podłączenia do tlenu. Wśród nich są osoby młode, mężczyźni w sile wieku. Moje odczucie, patrząc z perspektywy ratownika medycznego, jest takie, że trzecia fala powoli mija, ale nadal trzeba się chronić i unikać dużych skupisk ludzi. Ja jestem już po pierwszej dawce szczepionki, którą... ciężko zniosłem. Przekonałem się, że trzeba się zaszczepić i jakoś to przeżyć, żeby potem tę chorobę przejść łagodniej. Covid potrafi "sieknąć".

Tajemnica Marchewki

Wideo

Dodaj ogłoszenie