Zrobili biznes za pieniądze z Unii

Lidia CICHOCKA cichocka@echodnia.eu
- Pomysł na sklep z markowymi ciuszkami dla dzieci był strzałem w dziesiątkę - mówi Maria Słabiak, właścicielka sklepu Ninio w Kielcach, mama 7-letniej Amelki i 4-letniego Frania.
- Pomysł na sklep z markowymi ciuszkami dla dzieci był strzałem w dziesiątkę - mówi Maria Słabiak, właścicielka sklepu Ninio w Kielcach, mama 7-letniej Amelki i 4-letniego Frania.
Geodeci, architekci, konstruktorzy, dentystka, dźwiękowiec i fotografik - ponad 150 osób założyło firmy w województwie dzięki finansowej pomocy Unii Europejskiej. Sprawdziliśmy, jak sobie radzą

- Zainteresowanie programem „nowa firma - wsparcie na starcie” jest i było ogromne - przyznaje Dorota Bisińska, zastępca dyrektora Staropolskiej Izby Przemysłowo-Handlowej, która pierwszy nabór przyszłych przedsiębiorców ogłosiła w 2008 roku.

 

- Ten program to bardzo konkretna pomoc: pieniądze na rozruch, półroczne wsparcie na opłacenie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, czynszu. Ma wspomagać młodych ludzi z pomysłami. Przy pierwszym naborze postawiliśmy dodatkowe warunki: ukończone studia i nie więcej niż 34 lata.

 

Wizja bezzwrotnych dotacji w wysokości 40 tysięcy złotych i wsparcia po 1000 złotych miesięcznie przez pół roku skusiła 300 osób. - Wybraliśmy 40 najbardziej obiecujących, takich, które dawały gwarancję, że będą działać dłużej niż obowiązkowy rok - dodaje Bisińska. - Po szkoleniach z marketingu, prawa, finansów, ocenialiśmy biznesplany decydując kto i jaką pomoc dostanie. Wybraliśmy 21 projektów i tylko jedna firma po roku zniknęła z rynku. Pozostałe działają i mają się dobrze.

POGODZIĆ DZIECI Z PRACĄ

 

Kielczanka Maria Słabiak, mama dwójki małych dzieci, chciała po urlopie macierzyńskim wrócić do pracy, ale nie było to łatwe. - Zwłaszcza że szukałam czegoś, co pozwoli mi więcej czasu poświęcić dzieciom. Chciałam się rozwijać i dowartościować, bo tylko wtedy mogłam być usatysfakcjonowaną mamą i żoną.

 

Wtedy zrodził się pomysł na własną firmę z ubrankami dla dzieci. - Wiedziałam jak pięknie, kolorowo można ubrać dzieciaki. Mój sklep miał być nietuzinkowy, z dobrymi sprowadzanymi z zagranicy markami - opowiada. Razem z innymi złożyła wniosek, na szkoleniach zdobywała wiedzę o prowadzeniu własnego biznesu, napisała szczegółowy plan działania. - Na zajęciach polecono nam książkę „Strategia błękitnego oceanu”, która jest receptą co powinno się robić, jak prowadzić marketing. Stosuję się do tego i mam efekty.

 

Ubranka w sklepie Ninio nie są tanie, chociaż i tak tańsze, bo to, co normalnie kosztuje 40 euro można dostać za 59 złotych. - Cena nie jest barierą - mówi Maria Słabiak.- Ubranka sprzedają się bardzo dobrze, teraz wprowadziliśmy na zasadzie outletu kolejne dwie marki.

 

Pani Maria nie chce ograniczać się do prowadzenia sklepu i zajęć w domu. - Chodzę na angielski, udzielam się. W ubiegłym roku zorganizowaliśmy bal charytatywny razem ze szkołą Helen Dorn, w tym roku chcemy zrobić festyn w restauracji Siedem Pokus na kieleckim Stadionie. Firm chętnych do współpracy z nami nie brakuje.

 

Na targach Czas Dziecka w Kielcach ich stoisko było oblegane, uwagę zwracał wodzirej zapraszający do zabawy. Pani Maria zatrudnia dwie osoby na niepełne etaty i myśli o rozwijaniu firmy. - Chcę sprzedawać zabawki, zastanawiałam się nad większym lokalem niż ten przy Klonowej w Kielcach, ale może jeszcze na to za wcześnie - zastanawia się. O programie, z którego skorzystała, mówi w samych superlatywach. - Finansowa pomoc to jedno, ale dzięki szkoleniom można naprawdę przemyśleć sprawę, zastanowić się w co zainwestować - dodaje.

ZACHĘTA DO POWROTU

 

Wiktor Franko z Kielc jest polonistą, dla którego fotografia była fajnym hobby. Po skończeniu studiów i zderzeniu się z polskim rynkiem pracy postanowił wyjechać do Wielkiej Brytanii. Za chlebem. - Pierwsze zarobione tam pieniądze zawdzięczam fotografii - mówi. To tam zdobyłem doświadczenie, a na decyzję o powrocie miał wpływ fakt, że z Polski zaczęły nadchodzić zamówienia na moje zdjęcia.

Jedyną reklamą, z jakiej korzystał była strona internetowa, na której pokazywał swoje zdjęcia. - Pomyślałem, że warto zarejestrować swoją działalność, a okazało się, że na start można dostać pieniądze z Unii. Urząd Pracy proponował wtedy niezbyt atrakcyjny program dający kilkanaście tysięcy złotych, ale w Staropolskiej Izbie znalazłem „Wsparcie na starcie”. Przeszedłem całą procedurę i zakwalifikowano mnie.

 

Przyznane złotówki zainwestował w sprzęt. Lokalu nie potrzebował, bo na plenery wykorzystuje inne przestrzenie. - Trochę mi żal, że niewiele zostało mi z pierwszych szkoleń. Wtedy księgowość, prawo były dla mnie czarną magią. Wolałbym uczyć się tego trochę później, kiedy już wiedziałem, czego potrzebuję - mówi. - Nie zmienia to jednak faktu, że program i taką formę pomocy uważam za bardzo dobrą. Jest to spory zastrzyk gotówki, ja nie dostałem całych 40 tysięcy, ale i tak wystarczyło na aparat, obiektywy, lampy, statyw - to, co fotografowi jest niezbędne. A do spraw finansowych zatrudniam księgowego.

 

ajwiększy klient Wiktora Franko to firma Ryłko, dla niej robił kilka sesji, a wkrótce przygotuje kolejną. - Mam stałych klientów, ale ciągle zgłaszają się nowi - mówi Franko. - Zachętą jest to, co robię, moje zdjęcia, bo z innej reklamy nadal nie korzystam.

REAKCJA NA WYPOWIEDZENIE

 

Edyta Chaba wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim, by dostać wypowiedzenie. - Branżę materiałów papierniczych znałam doskonale, pracowałam w niej wiele lat, więc postanowiłam otworzyć własną firmę - hurtownię papierniczą i nadal robić to, co umiem - opowiada o swej decyzji. - Mąż wspierał mnie, znajomi także starali się pomóc, przekonując, że dam radę.

 

Złożyła wniosek, potem były, szkolenia i biznesplan. - W jego pisaniu pomogli pracownicy Staropolskiej Izby Przemysłowo-Handlowej, te szkolenia były bardzo przydatne - ocenia. Mimo wszystko z niepokojem czekała na rozstrzygnięcie. - Wiedząc, że przyznano mi pomoc zaczęłam szukać lokalu. Znalazłam idealne miejsce przy Kolberga w Kielcach: halę połączoną z biurem. Pierwszy miesiąc nie był łatwy, trzeba było zdobywać klientów. Korzystałam z usług specjalnego biura. Dzisiaj wydaję gazetkę reklamującą nasze towary.

 

Za 30 tysięcy, które dostała z programu kupiła wyposażenie magazynu i biura, na towar musiała wyłożyć sama. - Warto było - przyznaje dzisiaj po ponad półtora roku działania. - Od 1 stycznia jesteśmy spółką, zatrudniamy cztery osoby i działamy. Co prawda czasu dla domu i siebie nie mam zbyt wiele. Nieraz zdarza się, że po położeniu dziecka spać, pracuję. Na urlopie jeszcze nie byłam, ale i tak jestem bardzo zadowolona, że pracuję we własnej firmie.

NA WŁASNY RACHUNEK

Także Monika Walczyk-Bera doszła do wniosku, że zdobyte doświadczenie warto wykorzystać we własnej firmie. - Jestem inżynierem konstruktorem, długo pracowałam w biurze projektowym i chciałam robić to dalej, ale już na własny rachunek. Wiadomo, że w mojej pracy najdroższe jest oprogramowanie. Bez pomocy z Unii trzeba by zaryzykować, bo jeśli nie wyjdzie strata byłaby spora.

 

Ona postanowiła skorzystać z programu Kapitału Ludzkiego. Wniosek złożyła w kilka miejsc. - I miałam problem, bo zakwalifikowano mnie w dwóch. Bałam się, że odpadnę po szkoleniu, ale gdy przyszło do wyborów zostałam w Staropolskiej Izbie Przemysłowo-Handlowej. I nie żałuję. Szkolenia były bardzo ciekawe, a mój biznespaln okazał się tak dobry, że pomoc dostałam. Wynajęłam pokój w biurowcu Nidy w Kielcach i dwa lata temu w marcu zaczęłam pracę na własny rachunek.

 

Za klientami rozglądała się przed odejściem z poprzedniej pracy, więc przejście było łagodne: były zamówienia. - I generalnie jest dobrze - mówi. - W tym czasie może przez miesiąc miałem czas na sprzątanie biura.

 

Praca pochłania jej sporo czasu. - Ale poprzednio też nie wychodziłam o 15 - zauważa.- W ciągu dwóch lat byłam tylko tydzień na urlopie, ale z drugiej strony, kiedy syn jest chory mogę zostać w domu. Sama gospodarzę swym czasem.

 

Już jako właścicielka Biura Projektów i Usług Budowlanych MWB zaprojektowała przedszkole w Piekoszowie, kilka wiejskich świetlic, domków jednorodzinnych i Orlika. - Robię wszystko na co jest zapotrzebowanie - mówi. - Adaptuję poddasza, robię przebudowy. I zastanawiam się nad zatrudnieniem kogoś, bo mam coraz więcej papierkowej roboty.

 

Pani Monika uważa, że decyzja o własnej firmie, to sprawa silnej woli i charakteru. - Ktoś, kto jest leniem nie da sobie rady. Tu trzeba samodyscypliny - mówi.

 

PIERWSZE KROKI

 

Podobną do niej drogę przebywa Monika Koclęga, która w grudniu otworzyła MGL Biuro Projekt Biuro Projektowe. Inżynier konstruktor nie mogła znaleźć pracy w Polsce, wyjechała do Londynu, gdzie spędziła kilka lat, a po powrocie wzięła udział w projekcie.

- I sama sobie stworzyłam miejsce pracy - mówi z dumą. - Sama napisałam biznesplan i wcale nie było to trudne.

 

Za pieniądze kupiła sprzęt i oprogramowanie, wynajęła biuro przy Bodzentyńskiej w Kielcach i realizuje zlecenia. Sama zaprojektowała kilka domków jednorodzinnych - pierwszy będzie oddany w październiku, współpracuje także z architektami. - Zastrzyk gotówki, jaki dostaje się na starcie to nie wszystko, ważna jest także motywacja, z jaką się przystępuje do pracy i pomoc w przebrnięciu przez gąszcz przepisów - stwierdza.

ZACZĘŁAM W DOBRYM MOMENCIE

 

Danuta Pakuła na początku grudnia ubiegłego roku otworzyła biuro podróży Dan Turist. - Pracowałam w biurze wiele lat i pomyślałam, że warto spróbować samemu. Miałam doświadczenie i kontakty - mówi. - Zaczęłam działalność w bardzo dobrym okresie - zimą kontraktuje się lato, wtedy są najciekawsze promocje. A ja proponuję to, czym się zajmowałam do tej pory: kolonie nad polskim morzem i w górach, wczasy, wycieczki, zielone szkoły.

 

I ona szukała lokalizacji w centrum Kielc - znalazła przy ulicy Sienkiewicza. - Co prawda na pierwszym piętrze, ale kto chce trafi - mówi. - Ten rok w ocenie kolegów z branży jest gorszy niż poprzedni, ale mnie się nie spieszy. Bardzo się cieszę, że pracuję u siebie. Nie jest lekko, urlopu dla siebie nie planuję, ale wszystkim innym zorganizuję go z przyjemnością - mówi z uśmiechem.

PROBLEM W URZĘDZIE

 

Jedyną osobą z grona nowych przedsiębiorców, który ma problemy z uruchomieniem firmy jest Witold Kępa z Sandomierza. Po likwidacji w czerwcu ubiegłego roku kasyna, w którym pracował, był bezrobotny i postanowił otworzyć własny bar. Znalazł lokal w doskonałym punkcie - nieopodal dworca PKS, sądów, starostwa, umówił się z osobami, które tak jak on straciły pracę i bardzo się cieszył, kiedy dostał pieniądze. - Kupiłem wyposażenie kuchni i sali. Wydawało się, że lada dzień otworzę Feniksa, ale utknąłem w starostwie. W Urzędzie Miasta wszystko załatwiłem, a tam nie chcą zarejestrować mojej działalności, traktują mnie jak osobę prywatną. Nic z tego nie rozumiem. Chcę pracować, dam innym pracę, myślę o rozwijaniu działalności, a nie mogę zacząć. W Kielcach, kiedy tłumaczę, dlaczego jeszcze nie pracuję też nie mogą pojąć, co się dzieje. Mam nadzieję, że sprawa się wyjaśni, ale czasu coraz mniej. Bar powinienem otworzyć do końca marca.

 

Wyższe mandaty od skarbówki z początkiem maja

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie