Lot motolotnią od kulis. Konrad Ziębakowski o pasji do latania

Janusz Petz
Janusz Petz
Konrad Ziębakowski, pilot, instruktor i właściciel szkółki pilotażu w jednej osobie. Janusz Petz
Jedni zaczynają w wieku juniorskim, inni w wieku 60 lat. Są wśród nich przedsiębiorcy, lekarze, studenci, przedstawiciele bardzo różnych profesji. Mowa o ludziach owładniętych nieuleczalnym nałogiem - pasją latania wózkiem podwieszonym do skrzydła, czyli motolotnią.

Na podniebną wycieczkę nad Radomiem wybieramy się z Konradem Ziębakowskim, właścicielem, pilotem, instruktorem szkoły nauki pilotażu na motolotniach Sky-Life w jednej osobie. Garażem dla dwóch motolotni – klasycznej i sportowej jest hangar na terenie Aeroklubu Radomskiego w Piastowie.

Najpierw trzeba wypchnąć sprzęt z budynku, co z łatwością robi jedna osoba, bo całą konstrukcję można umieścić na specjalnym wózku ułatwiającym przemieszczanie się. Motolotnię można zresztą trzymać w zwykłym garażu po zdemontowaniu i złożeniu skrzydła. Potem przychodzi czas na rutynowe czynności, które ma we krwi każdy pilot. Trzeba dokładnie i skrupulatnie posprawdzać mocowania skrzydła do wózka, obejrzeć linki i wszystkie elementy konstrukcyjne, sprawdzić, czy nie ma wycieków z silnika i czy jest odpowiedni stan paliwa.

Wreszcie można zasiąść w sprzęcie, który uniesie nas do nieba. W dwuosobowej motolotni pilot zajmuje miejsce z przodu, pasażer z tyłu i wyżej. Elementarz to solidne zasznurowanie butów, sprawdzenie, czy z kieszeni nie wylecą nam okulary, komórka, albo inne przedmioty, które mogły by razić ludzi na ziemi, albo nie daj boże dostać się do śmigła. Do motolotni z pracującym silnikiem w ogóle nie wolno się zbliżać, bo poderwany przez śmigło kamyk może razić jak pocisk.

Radom z lotu ptaka! Zobacz fotorelację z przelotu motolotnią...

500 metrów pod butami

Dla ludzi, którzy z boku przypatrują się motolotniarzom i nigdy nie mieli okazji lecieć, zabawa może wydawać się mało śmieszna i raczej nie za bardzo komfortowa. Wydaje nam się, że będziemy siedzieć na niewielkim foteliku kilkaset metrów nad ziemią bez możliwości solidnego przytrzymywania się. Nie można chwytać linek, ani innych elementów konstrukcji skrzydła, bo to część maszyny, która jednocześnie zapewnia siłę nośną całości, ale też jest swego rodzaju sterem. Wydaje nam się, że wózek z pracującym silnikiem i śmigłem dostanie wibracji, będzie straszny hałas, pęd powietrza w maszynie lecącej ponad 100 kilometrów na godzinę „urwie nam głowę”, a oglądanie ziemi z wysokości kilkuset metrów z fotelika „bez trzymanki” nie będzie wcale żadną frajdą. Co to za przyjemność siedzieć na przemieszczającym się z dużą szybkością kilkaset metrów nad ziemią „taborecie” ? Nic z tych rzeczy. Same pozytywne zaskoczenia. Kominiarka i specjalny hełm z ruchomą szybką okazują się być bardzo skutecznym antidotum na hałas i pęd powietrza. Oczywiście zarówno pilot jak i pasażer przypięci są do wózka solidnymi pasami. Nie ma turbulencji, nic nie „trzęsie”, konstrukcja sunie jak po maśle podczas startu, w powietrzu gładko „pochłania” przestrzeń.

Nowoczesne motolotnie mają niejako wbudowaną funkcję stabilizacji najbardziej pożądanego ułożenia skrzydła. Coś jak automatyczny pilot. Takie rozwiązanie to także wygoda dla pilota, który nie musi przez cały czas lotu kurczowo trzymać się sterownicy ustawiającej położenie skrzydła. Z pilotem możemy rozmawiać swobodnie przez wbudowany w hełm interkom. Przy płynnym i bardzo stabilnym locie sama wysokość też nie robi specjalnego wrażenia. Ale za to jakie widoki! W przeciwieństwie do samolotu, gdzie możemy jedynie zerkać na ziemię przez niewielką szybkę, z perspektywy motolotni widać i czuć wszystko – pejzaże dookoła głowy i „pod butami”, zapach lasu.

Co widać z wysokości 500 metrów, gdy lecimy z Piastowa w stronę Radomia i nad samym miastem? Tu kolejne zaskoczenie. Widok całkiem inny od tego, który znamy z powierzchni ziemi. Radom wygląda z powietrza jak duża zielona wyspa. Poza tym uwagę przykuwają różne charakterystyczne obiekty – lotnisko na Sadkowie, boiska Orlika, hale przemysłowe. Jak na dłoni widać elektrownię w Kozienicach, gdzieś daleko na horyzoncie majaczą wieżowce Warszawy, a tunele foliowe pod Przytykiem odbijają światło jak gigantyczne lustro. Jeszcze kilka efektownych zakrętów i „nurkowań” nad lotniskiem w Piastowie i jesteśmy na ziemi. Kolejne zaskoczenie. Wydawać by się mogło, że nieskomplikowana maszyna w kontakcie z trawiastym lądowiskiem musi spowodować przynajmniej lekką „trzęsawkę”. Też nie. Znów wszystko idzie jak po maśle, w czym zapewne także wielka zasługa w umiejętnościach pilota – instruktora. Do startu wystarczy pas startowy długości 100 metrów, a pas startowy w Piastowie ma 860 metrów.

Wróciłem szybko do latania

Konrad Ziębakowski zaczynał swoją przygodę z „motolataniem” podobnie jak wielu w lotnictwie „po linii rodzinnej”. Pilotem motolotni był jego ojciec – Bogdan Krzysztof Ziębakowski, który zginął w wypadku motolotniczym w 2004 roku.

- To był po prostu wypadek. No cóż, lotnictwo zawsze związane jest z ryzykiem, ale trzeba dodać, że kilkanaście lat temu była chyba też inna świadomość ludzi. Zresztą można stracić życie poprzez poślizgnięcie się pod prysznicem. Dla mnie nie był trudny powrót do latania, ale dla mojej mamy na pewno tak. Przez długi czas nie mówiłem mamie, że wróciłem do latania. Nie miałem żadnej blokady. Dlaczego motolotnia?

- Gdzieś zawsze była we mnie chęć latania, a motolotnia to taki kabriolet wśród statków powietrznych. Wiatr we włosach, muchy w zębach i tego typu rzeczy – śmieje się Konrad Ziębakowski.

Latał nie tylko na motolotniach, ale to one zostały jego oczkiem w głowie. Pierwsza jego motolotnia była wyposażona w silnik „burana” - rosyjskich sań śnieżnych. - Więcej było pracy przy tym silniku niż latania. Najgorsze były silniki produkowane w poniedziałek. Ja miałem chyba wersję poniedziałkową – mówi Konrad Ziębakowski. Pierwsze motolotnie były to często samoróbki – silnik z trabanta, skrzydło sprowadzone z zza granicy, albo wykonane własnoręcznie. Trzeba było szukać duraluminium, albo płótno na skrzydła. Na początku nie było szkółek latania, pojawiły się później. Na początku wieku w Radomiu był wielki boom na motolatanie.

- To było pewnie ze 30, albo więcej osób. Czasami jak zebraliśmy się w niedzielę na lotnisku to robił się tłok, a na niebie wyglądało to jak plaga komarów. Później duża część przeszła na samoloty ultralekkie. To skutek rosnącej zamożności Polaków i dostępności maszyn. Motolotnie to sport tani jak na lotnictwo, ale też trochę jednak kosztuje. Najdroższy jest silnik. Certyfikowany, lotniczy kosztuje nawet 100 tysięcy złotych, ale całkiem dobrą motolotnię „nówkę”, która starczy na lata trzeba zapłacić około 60 tysięcy, cena za dobre używane maszyny trzeba zapłacić od 30 tysięcy złotych. Obowiązują też resursy, ale konieczność wymiany części. Nie są to jednak astronomiczne koszty. Co 25 godzin lotu trzeba wymienić 4 świece, które kosztują w sumie 100 złotych.

Teraz pora na moje marzenia

Do szkółki latania na motolotniach zgłaszają się bardzo różni ludzie. Są to przedsiębiorcy, lekarze, programiści, rzemieślnicy.

- Miałem ucznia w starszym wieku, który powiedział: rodzinę odchowałem, co miałem zapracować to zapracowałem, to teraz pora, aby spełnić swoje marzenia. Nie miałem przypadku, aby ktoś się przestraszył, zrezygnował. Jak kończy się kurs, niektórzy z nich nie mają pieniędzy na własny sprzęt. Latają więc na moim. W motolotnictwie jest też dylemat – kupić nowy sprzęt, czy też jeszcze latać na starszym, ale takim, który bardziej wybacza błędy w obsłudze – mówi Konrad Ziębakowski. Godzina szkolenia kosztuje 400 złotych, trzeba wylatać co najmniej 25 godzin. Czasami uczeń jest wypuszczony do samodzielnego lotu po 10 godzinach latania, czasami trwa to dużo dużo dłużej. - Mam ucznia, którego po 40 godzinach boję się wypuścić samodzielnie. Mamy łączność radiową, ale dla mnie to wielki stres, aby komuś pozwolić na samodzielny lot. Moim zdaniem uczeń musi mieć na 100 lądowań co najmniej 96 lądowań bardzo dobrych i 4 dobre. Pierwszy lot samodzielny jest zazwyczaj idealny. Schody zaczynają się wtedy, gdy uczeń uważa, że już wszystko umie. W lotnictwie nazywa się to „syndrom Boga” - mówi szef firmy Sky-Life.

Konrad Ziębakowski ma 36 lat. Z zawodu jest informatykiem po Uniwersytecie Jagiellońskim. Oprócz prowadzenia szkoły pilotażu ma też własną działalność gospodarczą związaną z informatyką.

Kto chce spróbować ?

Jeśli kogoś korci, aby spróbować latania, może zacząć od lotu widokowego, który kosztuje od 250 złotych za jeden lot. Obecnie motolotnie zaczynają przypominać małe samoloty. Są już tempomaty, które pilnują szybkości, skrzydło dzięki wykorzystaniu specjalnej funkcji samopoziomuje się, ustawia do tak zwanego neutrum. Ci, którzy chcą uzyskać licencję pilota przechodzą kurs teoretyczny, zdają egzamin, potem jest kurs praktyczny również zakończony egzaminem. Czy to bezpieczne ? Gdy jest awaria i silnik zgaśnie, maszyna – podobnie jak w przypadku innych statków powietrznych - nie spada magle na ziemię jak żelazko. Można lotem ślizgowym wylądować, w najgorszym wypadku w terenie przygodnym. Motolotnia bez napędu opada 2-3 metry na sekundę, jest więc trochę czasu, aby znaleźć miejsce na awaryjne lądowanie. Poza tym nowe maszyny mają także odpalany rakietowo spadochron. To bezcenna deska ratunkowa w przypadku na przykład zderzenia z dronem, albo inną motolotnią.

Szykuje się rozpad koalicji?

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Lubię ludzi z pasją, sama lubię przygody. Udało mi się już latać motolotnią czy latać w leszczyńskim aerotunelu. Przymierzam się do skoku ze spadochronem jeszcze. Adrenalina w życiu jest potrzebna. :)

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3