Początek mundialu, czyli Kraj Kawy na beczce prochu

    Początek mundialu, czyli Kraj Kawy na beczce prochu

    Krzysztof Kawa, Sao Paulo

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Początek mundialu, czyli Kraj Kawy na beczce prochu
    To nie będzie mundial jednej prawdy. Na stadionach będzie trwała wielka fiesta, ale nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak zareaguje brazylijska ulica.
    Początek mundialu, czyli Kraj Kawy na beczce prochu

    - Jeśli nasi piłkarze nie będą wygrywać, rozpoczną się masowe protesty - to jedno z pierwszych zdań, jakie można usłyszeć po wylądowaniu w Sao Paulo. Na razie jednak niewiele wskazuje na to, że tu, gdzie dzisiaj odbędzie się ceremonia otwarcia piłkarskich mistrzostw świata, wydarzy się coś niezwykłego. Niewiele brazylijskich flag w oknach, niewiele na karoseriach aut. Banery FIFA na słupach też nie rzucają się w oczy.
    Znacznie lepiej dostrzegalny jest, mimo zaciskającej się pętli oskarżeń o korupcję, niezmiennie dobry humor Seppa Blattera, który podczas kończącego się tutaj kongresu FIFA zatańczył sambę z telewizyjną prezenterką Fernandą Limą.

    Nawet potężne kolejki na trzech lotniskach w Sao Paulo chyba też nie są niczym nadzwyczajnym. Małe, przestarzałe terminale nie nadążają z pochłanianiem ludzkiej masy z całego świata. Podobnie jest na drogach dojazdowych i w centrum miasta. Przed kilkoma dniami doszło do ekstremum - uwięzione auta utworzyły korek o łącznej długości ponad 700 km. Czy dzisiaj rekord zostanie pobity?

    Na szczęście wczoraj ruszyło metro. Pracownicy nie dlatego przerwali strajk, że sąd obciążył ich związek zawodowy karą w wysokości 220 tysięcy dolarów za każdy dzień przerwy, ale dzięki obietnicy 9-procentowej podwyżki. Strajk nie został zakończony, tylko zawieszony, gdyż kilkudziesięciu pracowników metra trafiło do aresztu. - Czy policja i politycy sądzą, że się wystraszymy i zostawimy naszych ludzi? - pytał dramatycznie jeden ze związkowców przed kamerą ustawioną przez reporterów z Europy.

    Dzisiaj pod stadion Itaquera ruszą dziesiątki, a może nawet setki tysięcy osób. Nie dla wszystkich wystarczyło biletów, na dodatek pojemność obiektu ze względu na niedoróbki budowlane została zmniejszona o siedem tysięcy miejsc, ale wielu kibiców będzie chciało przeżywać inaugurację mundialu, bawiąc się nie tylko wewnątrz, ale i wokół stadionu Corinthians. Inni, a może być ich większość, zjawią się po to, by protestować. Jedną z propozycji jest happening pod hasłem "Puchar Policji". Wygląda na to, że miejscowi policjanci będą jednymi z najważniejszych postaci mistrzostw...

    Dla tych, którzy usiądą przed telewizorami, będzie liczyło się przede wszystkim to, jak zaprezentują się wielkie gwiazdy. Na dzień dobry na murawę w Sao Paulo wyjdą ci, którzy mają uczynić z mundialu jeden wielki spektakl. Mają porwać tłumy. Mają sprawić, że miejscowi zapomną o codziennych kłopotach. Ich gra ma się stać rodzajem narkotyku, który podany w podwyższonych dawkach zaburzy percepcję i sprawi, że przez miesiąc Brazylijczycy będą najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. A jeśli piłkarzom to się nie uda? Na razie nikt tutaj nie zakłada takiego scenariusza. Niech "Puchar Policji" pozostanie niewinną zabawą.
    Wydaje się, że od strony sportowej zrobiono wszystko co możliwe, by spełnić ogromne oczekiwania. Luiz Felipe Scolari w roli selekcjonera i Carlos Alberto Parreira jako dyrektor techniczny reprezentacji Brazylii to duet najlepiej wykwalifikowanych w tej materii ludzi w 200-milionowym kraju. Obaj zdobyli już tytuł mistrza świata, pierwszy z nich w 2002 roku, drugi osiem lat wcześniej. Ani jeden, ani drugi nie był wielkim piłkarzem. Ba, Parreira w ogóle piłki nie kopał. Zainteresował się futbolem będąc fizjoterapeutą i dostał pracę masażysty w reprezentacji, która pojechała na mundial w 1970 roku. Scolari natomiast występował jedynie na szczeblu drugo- i trzecioligowym. Na szacunek w szatni zapracowali więc wyłącznie wynikami, jakie piłkarze osiągali pod ich wodzą (nota bene nie tylko brazylijscy). To co najtrudniejsze dopiero jednak przed nimi. Jeśli drużyna Neymara, Alvesa, Luiza i Cesara wymaże ze zbiorowej pamięci Brazylijczyków "maracanazo" (jak nazywana jest tutaj trauma wywołana przez porażkę z Urugwajem w ostatnim meczu mistrzostw świata w 1950 roku), Scolari i Parreira, tak jak ich podwładni, staną się dla mieszkańców tej ziemi nieśmiertelni. O taką stawkę w ciągu 84 lat nie grała jeszcze żadna drużyna.

    Na razie ekipa Scolariego jest do bólu konsekwentna. Przed rokiem wygrała Puchar Konfederacji, w sparingach zwycięża raz za razem. Ale publiczność oczekuje, że w parze ze skutecznością pójdzie piękno gry symbolizowane przez dryblingi i sztuczki Neymara. Tymczasem nie jest najbardziej rozpoznawalny znak drużyny. Po towarzyskim meczu z Serbią, wygranym po golu Freda, na trybunach rozległo się buczenie. Kilka dni wcześniej, gdy "Canarinhos" rozgromili Panamę 4:0, także nie oszczędzono piłkarzy. Scolari zachował spokój, bo wie, że koniec końców i tak zostanie rozliczony wyłącznie z wyniku.

    Felipao, albo jak wolą Amerykanie Big Phil, jest mistrzem w integrowaniu zespołu wokół nadrzędnego celu. W sztabie znów jest Regina Brandao, ta sama pani psycholog, z którą pracował w Korei i Japonii przed 12 laty. To oni zarządzili w drużynie zakaz używania słowa "maracanazo". Scolari robi wszystko, by zdjąć z piłkarzy presję. I od miesięcy stara się stworzyć z nich jedną rodzinę.

    To dlatego selekcjoner pozwolił Oscarowi opuścić zgrupowanie, by mógł być przy narodzinach córki Julii. Gdy piłkarz Chelsea wrócił, rozegrał przeciw Serbii tylko 45 minut i został zastąpiony przez kolegę z klubu, Williana. Co natychmiast wywołało spekulacje, że Oscar będzie tylko rezerwowym w inauguracyjnym spotkaniu z Chorwacją. - To tylko go zmobilizuje. Nie ma mowy, by rywalizacja zepsuła atmosferę w ekipie - przekonywał dziennikarzy kapitan drużyny Thiago Silva.

    A propos Chorwacji... Mówi się o niej tutaj tylko z grzeczności. Wiadomo, że mają być częścią widowiska, najlepiej by zmusili gospodarzy do maksymalnego wysiłku, ale na tym ich rola, zdaniem miejscowych ekspertów, winna się skończyć. Luka Modrić, który w minionym sezonie stał się jedną z najważniejszych postaci Realu Madryt, ma na ten temat inne zdanie. Ale, co zaskakujące, w ostatnich sprawdzianach przed mundialem - z Mali (2:1) i Australią (1:0) - był tylko rezerwowym, wchodził na boisko jako zmiennik Ivana Rakiticia z Sevilli. Slaven Bilić, były selekcjoner, nie ma jednak wątpliwości, że to Modrić pokieruje grą Chorwacji na mistrzostwach.

    - OK, wiem, że nie jestem obiektywny, kiedy o nim mówię. Ale według mnie Luka zostanie jedną z największych gwiazd mundialu - powiedział. - To taka postać, jaką dla Barcelony był kilka lat temu Xavi, a dla Włochów Andrea Pirlo. Ci, którzy z nim grają zyskują 10-20 procent na wartości.

    Do historii meczów otwarcia przeszły dwie wielkie niespodzianki: wygrana Kamerunu z Argentyną 1:0 w 1990 roku i Senegalu z Francją w takim samym stosunku 12 lat temu. Wczoraj do ogromnego samolotu brazylijskich linii TAM lecącego z Frankfurtu do Sao Paulo wsiadło tylko kilku kibiców przebranych w chorwackie koszulki. W innych boeingach z Europy było ich niewielu więcej. Dziś niespełna 5-milionowy naród rzuca rękawicę 40-krotnie większemu. I nie jest bez szans.


    Czytaj treści premium w Echu Dnia Plus Radomskim

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy:

    Wideo