Zmarły przed 9 laty biskup Edward Materski był uczestnikiem Powstania Warszawskiego. Przypominamy jego wspomnienia

Janusz Petz
Janusz Petz
archiwum Echa Dnia
Zmarły przed 9 laty biskup radomski Edward Materski był uczestnikiem Powstania Warszawskiego. W 2007 na łamach Echa Dnia wspominał te tragiczne, ale też pełne chwały dni. Z okazji 77 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego przypominamy rozmowę z pierwszym ordynariuszem Diecezji Radomskiej, którą przeprowadziliśmy z okazji odznaczenia biskupa ważnym odznaczeniem państwowym.

- Czy ksiądz biskup pamięta ostatnie dni lipca 1944 roku?

Edward Materski: Studiowałem wówczas w seminarium duchownym w Kielcach i spędzałem wakacje w Warszawie. Mieszkałem w Śródmieściu. Wówczas to była ulica Piusa XI, obecnie Piękna. W powstańczym języku było to „Śródmieście Południe”. W czasie Powstania wyraźnie odróżniano tę dzielnicę od „Śródmieścia Północ”. Oddzielały je Aleje Jerozolimskie, które trudno było przekroczyć ze względu na przejazdy wojsk niemieckich. Mówiło się, że aleje w dzień należą do Niemców, a w nocy do nas. Nie można było zrobić przekopu, ponieważ pod ulicą była linia kolejowa.
W lipcu 1944 byłem w rodzinnym domu. Miałem kontakty z Armią Krajową, złożyłem przysięgę przed wybuchem Powstania. Wykonałem tylko jedno polecenie konspiracyjne. Później było Powstanie.

- Gdzie księdza biskupa zastała godzina „W”, czyli godzina 17 pierwszego sierpnia 1944 roku?

- W mieszkaniu prywatnym. Usłyszeliśmy syreny, trochę strzałów. Potem były wezwania do budowy barykad. To było wzruszające. Barykady budowaliśmy wszyscy. Widziałem niepełnosprawnego, kulawego mężczyznę, który dźwigał z dzieckiem płytę chodnikową. Działo się to bardzo szybko. Wszyscy starali się zdążyć z budową barykad, aby w porę uniemożliwić wjazd czołgów.

- Czy były wówczas postawy niechętne powstańcom? Czy słyszał ksiądz biskup głosy cywilów skierowane do walczących: "Ludzie, co wy robicie. Narażacie nas wszystkich. Przecież Niemcy urządzą nam wszystkim rzeź”?

- Nie. Nie było. Jest wiele opisów Powstania. Często są to późniejsze przemyślenia polityków. Wówczas nie było żadnych protestów. Myśmy chcieli być wolni.

- W biografiach księdza biskupa można znaleźć stwierdzenie „aktywny uczestnik Powstania Warszawskiego”. Trudno sobie wyobrazić kleryka Seminarium Duchownego w sutannie z bronią w ręku.

- Moje podstawowe zajęcie w czasie Powstania to była pomoc trzem księżom, którzy byli kapelanami. Na naszym odcinku było oczywiście dużo więcej cywilów niż żołnierzy Armii Krajowej. Na barykadach od strony Politechniki Warszawskiej było około 150, może dwustu strzelców – żołnierzy. Nieliczni mieli broń. Słyszałem już wtedy, że na stu ochotników chcących się bić wypada jeden karabin. Brakowało broni, a nie ludzi gotowych do strzelania. Dlatego dowódcy człowieka w sutannie do strzelania nie potrzebowali. Przez pierwsze dwa dni budowaliśmy barykady, potem była ciężka praca przy robieniu przekopów, przejść podziemnych, przejść pod asfaltem dróg. Jednak moje najważniejsze zajęcie to była pomoc w pracy duszpasterskiej. Trzeba pamiętać, że bardzo wielu ludzi prosiło, aby przypomnieć im jak się idzie do spowiedzi, bo np. publicznie mówili, że ostatni raz byli u spowiedzi „wiele, wiele lat temu”. Pomagałem im. Przygotowywałem do Mszy Świętej – tak, aby ksiądz mógł tylko przyjść, spowiadać i celebrować. Miejsce zawsze się znalazło w jakiejś piwnicy, ale najtrudniejszą sprawą było zdobycie komunikantów, wina, a nawet wody. Warszawskie dzielnice nie jednakowo przeżywały Powstanie. W jednych Powstanie upadło w pierwszych dniach walki. U nas trwało 63 dni. Nasza dzielnica nie została zdobyta właściwie do końca Powstania.

- Na pewno docierały do was informacje o rzezi, jaką Niemcy organizowali w zdobywanych przez nich dzielnicach miasta.

- Tak. Słyszeliśmy, że na końcu ulicy Rakowieckiej w domu jezuitów Niemcy zgromadzili ojców i braci w piwnicy i wrzucali do środka granaty, potem rannych i zabitych spalili. Słyszałem też relację na przykład taką, że ksiądz Edward Kosibowicz, jezuita, wyprowadzony na egzekucję przez Niemców na znak przebaczenia błogosławił tym, którzy do niego strzelali.

- Jak ksiądz biskup oceniłby ówczesną religijność powstańców i cywili?

- Było bardzo wielkie ożywienie życia religijnego. Wszyscy zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa śmierci. Ludzie po wielu latach nie chodzenia do spowiedzi prosili o nią. Msze Święte odprawiane były ciągle – w domach, bo przejście do kościołów było niemożliwe. Na Hożej, gdzie często przebywałem, był skwer, przy którym wykopany był długi rów, głęboki na około 60 centymetrów. Kładliśmy tam zabitego i przysypywaliśmy zwłoki tak, aby wystawała z ziemi lewa ręka. W krótkim czasie odbywał się kolejny pochówek i wtedy kładliśmy ciało zaraz obok poprzednio pochowanego.
Śmierć czyhała na każdym kroku. Nie tylko na barykadach. Gdy przechodziło się po zakamarkach, piwnicach, wszędzie ludzie się modlili. Byli przygotowani na śmierć.

- Czy strach był uczuciem, które towarzyszyło ludziom wszechwładnie? Czy ksiądz biskup bał się wówczas?

- Trudno powiedzieć, że te uczucia, które polegały na świadomości, że w każdej chwili możemy zginąć, że one były silniejsze niż nadzieja. Była nadzieja, bo Sowieci stali już za Wisłą i mieliśmy nadzieję, że może wreszcie przyjdą na pomoc. Przecież już 22 lipca wojska sowieckie były na Trakcie Lubelskim. Przecież wiedzieliśmy, że blisko jest I Armia Wojska Polskiego. Logika wskazywała, że wtedy, gdy przybliża się front, trzeba coś robić.

- Powstańcy rzeczywiście wierzyli, że Sowieci lada moment wejdą?

- Ta nadzieja była coraz słabsza, ale była. W ostatnich dniach lipca Niemcy zabierali mężczyzn do kopania okopów na froncie. Często przeszukiwali domy. Nie było się gdzie schronić. Dla niemal wszystkich Powstanie było jedynym wyjściem, jedyną obroną. W czasie Powstania słyszeliśmy strzały za Wisłą, co dawało nadzieję, że pomoc jednak przyjdzie.

- Ksiądz biskup miał kontakt ze swoją rodziną, która przecież przebywała też wówczas w Warszawie?

- Mój ojciec zmarł jeszcze przed wojną. W Warszawie była moja mama, siostra, wujkowie, dziadkowie. Z mamą i siostrą mieszkaliśmy razem. Z dziadkami i wujkami podczas Powstania nie miałem żadnego kontaktu. Obaj wujkowie zginęli. Pomimo uporczywych poszukiwań nie znaleźliśmy żadnych śladów mówiących o miejscu pochówku, czy okolicznościach śmierci.

- Jak wyglądał dzień kapitulacji? Czy ksiądz biskup obawiał się spotkania z hitlerowcami?

- Gdy wychodziliśmy z Warszawy mogliśmy zabrać ze sobą niewiele przedmiotów. Trudno dziś ludziom zrozumieć ten dylemat: Czy zabrać ze sobą cenną rodzinną pamiątkę, czy też może raczej ciepłe ubranie? Miałem okazję wyjść z Warszawy w towarzystwie biskupa Adamskiego. Spodziewałem się, że biskupa Niemcy będą szanować. Gdy weszliśmy już na teren, gdzie byli Niemcy, biskup został jednak odłączony od szeregów. Odwieziono go gdzieś furmanką. Szliśmy w kierunku południowym. Niemcy mniej więcej co 50 m stali przy drodze, albo siedzieli na ustawionych przez siebie fotelach i kontrolowali potok ludzi, który przetaczał się przed nimi. Można było iść tylko do przodu. Gdy ktoś chciał zawrócić, strzelano od razu. Próbowałem poszukać wśród Niemców jakiejś „ludzkiej” twarzy. Z kolegą spytaliśmy jednego z Niemców czy możemy odejść z kolumny, aby napić się wody. On najpierw powiedział, że zginiemy, jak będziemy chcieli wyjść z kolumny, ale potem doradził przy którym żołnierzu możemy nic nie mówiąc „skręcić w lewo” i wyjść z kolumny. Uczyniliśmy tak. Pamiętam pierwsze kroki po skręcie – pełne zamyślenia: Niemiec krzyknie „Halt!”, czy od razu strzeli? Nie krzyknął, nie strzelił. Udało nam się uciec.

- W pamięci księdza biskupa zachowały się jakieś obrazki z powstania, które najbardziej utkwiły w pamięci, takie, o których mówi się, że śnią się po nocach?

- Trudno wymazać z pamięci obrazki związane z wszechobecną śmiercią. Zdarzało się, że czasami ranny powstaniec musiał leżeć pod polem obstrzału aż do nocy, dopiero wówczas można było go zabrać.
Długo pamiętałem historię związaną ze szlachetną postacią księdza Józefa Stanka. Znalazł się on w naszej dzielnicy. Nie miał sutanny. Chciał przedostać się do powstańców na Poczcie Dworcowej, którzy byli okrążeni i nie mieli kapelana. Ksiądz Stanek mówił, że pójdzie do nich i że nie boi się śmierci. Obawiał się tylko, czy jego decyzja nie jest decyzją samobójcy. Pożyczyłem mu sutannę. Poszedł kanałami do powstańców. Niemcy schwytali go i powiesili.
Pamiętam głód i pragnienie. Ciekawe, że ludzie znaleźli miarę długości, objętości, pojemności, czasu, ale nie mają miary głodu. Dla mnie miarą głodu jest poziom szczęścia towarzyszący temu, że można coś zjeść. Byłem bardzo szczęśliwy, gdy znalazłem na asfalcie rozdeptanego pomidora...

- Czy zachowały się jakieś pamiątki księdza biskupa z okresu powstania, np. zdjęcia?

- Nie, skąd. Prawdę mówiąc podejrzewam, że wiele filmów, czy zdjęć pokazywanych dziś w telewizji, które rzekomo nakręcono podczas Powstania, zostały zrobione zaraz po wojnie.
Podczas uroczystości 63. rocznicy wybuchu Powstania śpiewano powstańcze piosenki. Są one bardzo ładne. Mam jednak mieszane uczucia. Nie pamiętam, aby ktoś w naszej dzielnicy śpiewał takie piosenki. Czas Powstania to gryzący zapach dymu i ogień pożarów. W takich okolicznościach trudno o śpiew.

Edward Materski

Urodził się 6 stycznia 1923 roku w Wilnie. Pochodził z rodziny inteligenckiej, która w 1932 roku przeniosła się z Wilna do Warszawy. W stolicy Edward Materski uczęszczał do gimnazjum i liceum Wojciecha Górskiego, które ukończył w 1940 roku, ostatnie dwa semestry na kompletach tajnego nauczania.

Następnie studiował w Seminarium Duchownym w Kielcach. Po wojnie w czasie pobytu w Warszawie pełnił on rolę sekretarza biskupa Kaczmarka, odwiedzał go w więzieniu, wiele razy w miejscu internowania, pośredniczył w kontakcie biskupa z prawnikami. W 1956 roku przeprowadził się do Kielc. Wykładał w kieleckim Seminarium Duchownym, a potem w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W październiku 1968 roku został kieleckim biskupem pomocniczym, a w marcu 1981 roku biskupem diecezjalnym sandomierskim. W marcu 1992 roku został pierwszym ordynariuszem utworzonej właśnie diecezji radomskiej. W 1998 roku przeszedł na emeryturę przekazując zwierzchnictwo nad diecezją następcy – Janowi Chrapkowi.

W latach 70. Edward Materski bardzo często kontaktował się z kardynałem Karolem Wojtyłą jako ze swoim bezpośrednim zwierzchnikiem. Obaj uczestniczyli między innymi w 1976 roku w synodzie katechetycznym w Rzymie. Edward Materski należał do wąskiego grona biskupów zapraszanych przez papieża Jana Pawła II na prywatne spotkania. Biskup Materski zmarł 24 marca 2012 roku. Został pochowany na cmentarzy przy ulicy Limanowskiego w Radomiu.

Tokio Raport - rozmowa z Karoliną Pęk

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie