Roman Gotfryd, legendarny polski bokser i jego niezwykłe życie (zdjęcia)

Bartosz MICHALAK
Roman Gotfryd jako reprezentant Polski walczył w turniejach na całym świecie. Zdjęcie z meczu USA-Polska.
Roman Gotfryd jako reprezentant Polski walczył w turniejach na całym świecie. Zdjęcie z meczu USA-Polska.
Roman Gotfryd, legendarny pięściarz Stali Stalowa Wola i reprezentacji Polski mówi, że wszystkie sukcesy zawdzięcza trenerowi Ludwikowi Algierdowi. Opowiada też o swej niezwykłej, pełnej przygód karierze. Dziś musi z żoną jeździć do pracy do Niemiec.
Roman Gotfryd, legendarny polski bokser

Roman Gotfryd, legendarny polski bokser

Roman Gotfryd

Roman Gotfryd ze swoją ukochaną żoną Krystyną. 8 kwietnia obchodzili 42 rocznicę ślubu.
Roman Gotfryd ze swoją ukochaną żoną Krystyną. 8 kwietnia obchodzili 42 rocznicę ślubu.

Roman Gotfryd ze swoją ukochaną żoną Krystyną. 8 kwietnia obchodzili 42 rocznicę ślubu.

Roman Gotfryd

Urodzony 10 stycznia 1951 we Wrocławiu - legenda polskiego boksu, medalista Mistrzostw Świata i Mistrzostw Europy, honorowy obywatel miasta Dębica. Był zawodnikiem między innymi takich klubów jak: Górnik Gorlice, Legia Warszawa, Stal Stalowa Wola - w sumie 16 lat(!), Wisłoka Dębica, Igloopol Dębica, którego po zakończeniu kariery zawodniczej został wybitnym szkoleniowcem. Jego największymi sukcesami w karierze było wicemistrzostwo Europy w 1977 roku (Halle) roku i brązowy medal Mistrzostw Świata w 1978 roku (Belgrad). Ponadto startował jeszcze na Mistrzostwach Europy w latach: 1971 (odpadł w ćwierćfinale), 1973 (odpadł w II rundzie), 1975 (odpadł w ćwierćfinale). Czterokrotnie zdobywał Mistrzostwo Polski (1973, 1977, 1978, 1981), a także dwukrotnie srebrny (1974, 1979) i trzykrotnie brązowy medal Mistrzostw Polski (1972, 1975, 1976). Rok temu w Święto Niepodległości uroczyście odznaczony tytułem Zasłużony dla Miasta Dębica. Początkiem 2014 roku był honorowym gościem prezydenta Rzeczpospolitej Polski Bronisława Komorowskiego. Żona: Krystyna; dzieci: Gabriela, Blanka i Oskar.

Wychował się we Wrocławiu. Jako nastolatek za namową brata przeniósł się do Stalowej Woli, z której był potem zmuszony wyprowadzić się do stolicy, by walczyć dla Legii. Jak sam twierdzi na Podkarpacie wrócił głównie dla trenera Algierda. 8 kwietnia razem ze swoją ukochaną małżonką Krystyną obchodził 42. rocznicę ślubu. Roman Gotfryd - legenda polskiego boksu, w długiej rozmowie, pełnej w wesołe, a momentami również przerażające anegdoty, opowiedział nam o swoim niezwykłym życiu.

Pan jest taki skromny naprawdę, czy to trochę taka poza? Kiedy do Pana dzwoniłem, żeby się umówić na wywiad, to przez moment miałem wrażenie, że Pan odmówi, ponieważ swoje sukcesy jako zawodnik i trener odnosił Pan kilkadziesiąt lat temu…
Czasami nawet żona się ze mnie śmieje, że jeszcze chwila i będę przepraszał ludzi za to, że żyję (uśmiech). Nigdy nie byłem typem bardzo pewnego siebie faceta. Oczywiście mam tu na myśli życie codzienne. Boks wyzwalał we mnie takie typowo męskie cechy charakteru.

Boks to rodzinny sport familii Gotfrydów?
To chyba za duże określenie. Pochodzę z wielodzietnej rodziny. Wychowałem się z trójką braci i dwoma siostrami. Największy wpływ miał na mnie Janek (były pięściarz Stali - red.), który jest ode mnie starszy o 3 lata. Podpatrywałem go, nawet trochę śledziłem. Jak szedł grać z chłopakami w piłkę, to zawsze o tym wiedziałem i też się zjawiałem na boisku. Jak znudziła mu się piłka i zaczął boksować, to zamiast stać z boku, momentalnie chciałem spróbować tego co on. I tak to się zaczęło. Nie było łatwo, bo początkowo słyszałem tylko, żebym lepiej kopał sobie piłkę o mur. Ale z czasem, kiedy okazało się, że mam w sobie trochę talentu, Janek i jego "paczka" byli mi bardziej przychylni.

Urodził się Pan we Wrocławiu, a mimo to jest Pan wychowankiem Legii Warszawa. Jak to się stało?
Inaczej. Wychowałem się we Wrocławiu, ale tak naprawdę jestem wychowankiem Górnika Gorlice. Do Legii trafiłem już jako bokser Stali Stalowa Wola. Do stolicy poszedłem na dwa lata do wojska. Nie było innego wyjścia, bo w tamtych czasach jak Legia kogoś chciała, to po prostu go miała. Mimo to wróciłem na Podkarpacie.

Przy pamiątkowej gablocie, wypełnionej po brzegi swoimi sportowymi trofeami. Gablota to prezent od dzieci.
Przy pamiątkowej gablocie, wypełnionej po brzegi swoimi sportowymi trofeami. Gablota to prezent od dzieci.

Przy pamiątkowej gablocie, wypełnionej po brzegi swoimi sportowymi trofeami. Gablota to prezent od dzieci.

Nie to, żeby mi się nie podobało na Podkarpaciu, ale czy na pewno nie żałuje Pan swojej decyzji?
Moja żona Krysia pochodzi ze Stalowej Woli. Poznałem ją na dawnych wieczorkach taneczno-zapoznawczych, które odbywały się na hali sportowej. W mieście urodziły się moje dwie piękne córki: Blanka i Gabriela. To w Stalowej Woli spotkałem trenera Algierda, dzięki któremu odniosłem swoje największe sukcesy. Jak mógłbym żałować tego wszystkiego?

Ale mimo to rozmawiamy dzisiaj w Dębicy, a nie w Stalowej Woli.
Kiedy rozpadła się sekcja bokserska Stali, musiałem podjąć jakieś konkretne kroki. Nie chciałem przerywać swojej kariery, dlatego wybrałem przeprowadzkę właśnie do Dębicy. Początkowo walczyłem dla Wisłoki, a od 1980 roku dla Igloopolu.

Przygotowując się do wywiadu sprawdziłem między innymi kraje w jakich odbywały się turnieje z Pana udziałem jako reprezentanta Polski. Szczerze? Nie spodziewałem się, że jeździliście nawet do Ugandy bądź Kuby.
To były ekstremalne wyprawy (uśmiech). Nigdy w życiu nie miałbym okazji zwiedzić dosłownie całej Europy, gdyby nie kariera sportowa. Trzykrotnie boksowałem też w Stanach Zjednoczonych, raz nawet na Tajlandii. Opowiem ci dwie historie związane z turniejami w wymienionych przez ciebie krajach. Będąc na Kubie mieliśmy znakomitego tłumacza. Bardzo otwarty i pogodny człowiek. Zżyliśmy się z nim, dlatego pewnego wieczora poprosił wszystkich bokserów, żebyśmy spotkali się z nim w jednym miejscu. Bez trenerów, sami bokserzy. Nikt nie wiedział, czego on od nas chce. Przyszliśmy na to miejsce, a ten patrząc na nas szybko wyjął ze swojej kieszeni… medalik. Przyznał się nam, że jest chrześcijaninem i że zawsze nosi ten "krzyżyk" przy sobie. Z wiadomych powodów, żyjąc na Kubie nie mógł się do tego przyznać. To było niezwykłe, bo mimo, że nie znaliśmy go długo, to połączyła nas silna więź.

W Ugandzie chcieliśmy z kumplami rozdawać dzieciom cukierki. Pewnie pomyślisz: "Co w tym nadzwyczajnego?". Kraj ten jednak zawsze był bardzo ubogi. Przygotowaliśmy sobie dlatego takie zapasy, żeby każde dziecko mogło skosztować po kilka cukierków. Ty wiesz jak nas przewodnik ochrzanił?! My chcieliśmy te cukierki rozrzucać. Przewodnik ryknął, żebyśmy nawet nie próbowali! Powiedział nam, że jeśli zaczęlibyśmy to robić, to te dzieci mogłyby się nawet stratować. Nie byliśmy tego świadomi, dlatego za chwilę każdemu dziecku z osobna podchodziliśmy i dawaliśmy po 2-3 smakołyki.

Krystyna Gotfryd: Opowiedz Bartkowi jak wam w Zakopanem grozili na obozie.

Zamieniam się w słuch. Wywiad nie musi być ułożony chronologicznie, dlatego spokojnie możemy wprowadzić trochę chaosu.
Opowiem ci tę historię, ale bez użycia nazwisk. Szczerze, to gdyby o tym żona nie wspomniała, to nie mówiłbym o tym zdarzeniu, bo było ono bardzo przykre. W skrócie: razem z innymi reprezentacyjnymi bokserami byłem na zgrupowaniu w Zakopanem. Warunki do trenowania były fatalne. Uwierz mi, że nie byliśmy wybredni. W Dolinie Chochołowskiej, do której nas wysłano nie było można nawet się umyć. Powiedzieliśmy wprost: "My tutaj trenować nie będziemy". Nie byliśmy już gówniarzami, każdy z nas miał swoje sukcesy. Jak dowiedzieli się o naszym buncie działacze, to taki jeden "zaprosił" nas do siebie i powiedział, że każdemu z nas bądź naszych rodzin jest w stanie zrobić krzywdę, jeśli będziemy się tak rządzić…

Obóz ostatecznie rozwiązano, bo w grupie nie brakowało cwaniaczków. Tylko, że ja już miałem rodzinę i "trochę" mi to nie pasowało, żeby jakiś dziad mi groził. Pamiętam, że jak wróciłem do Stalowej Woli to Krysia popatrzyła na mnie i stwierdziła: "A co ty Romek jakiś taki nieswój jesteś?". Powiedziałem żonie o tym zdarzeniu nie dlatego, że się bałem, tylko po prostu chciałem zrezygnować z walczenia w reprezentacji, skoro spotkała mnie taka sytuacja…

Skoro tak luźno się nam rozmawia, to ja mam pytanie do Pana żony. Jak Pani mąż wrócił z Halle i Belgradu jako kolejno: wicemistrz Europy, a następnie brązowy medalista Mistrzostw Świata to trochę "zaszumiało" mu w 25-letniej wówczas głowie?
Krystyna Gotfryd: - Tylko by spróbował coś się szarogęsić. Wiadomo, była radość i duma. Pamiętam jak sąsiedzi witali męża w nocy pod blokiem. Romek, przyznasz się Bartkowi co zrobiłam po twoim powrocie z Halle (uśmiech)? Mieliśmy pralkę "Franię". Pewnie nie kojarzysz jak ona wygląda, ale to nieistotne. Przygotowałam sobie wcześniej wszystkie brudne rzeczy do prania i jak tylko Romek wszedł do mieszkania odparłam: "No mistrzu, do roboty" (śmiech). Mieliśmy już wtedy dwie córki. Mąż musiał znać swoje obowiązki także w domu. W każdym bądź razie nie buntował się tylko stał biedny nad tą "Franią" i "szorował" (uśmiech).

Jeśli tylko mogłam, to byłam na każdej walce męża. Całe szczęście walczył w wadze lekkiej, ale zawsze bardzo denerwowałam się o jego zdrowie. Co ja z nim nie miałam. Pamiętam jak kiedyś musiał zrzucić 2 kilogramy, aby zejść do regulaminowych 60. Czasu dużo nie było, bo nazajutrz Romek jechał na mecz do Katowic. Obłożyłam go wszystkimi pierzynami jakie miałam w domu. Tak się biedny wypocił, że jak wstał na drugi dzień, to aż się mnie spytał czy to wszystko mu się śniło, czy naprawdę tak go poty zlały.

Kiedyś nie było komórek. Męża bardzo często nie było w domu. Boże, ile ja razy zamawiałam te rozmowy telefoniczne…

Roman Gotfryd: - Sam widzisz, co ja mam z tą kobietą (uśmiech). A ty wiesz, że my akurat dzisiaj obchodzimy 42. rocznicę ślubu. Jak ten czas zleciał… Na szczęście mamy siebie i naszą wspaniałą rodzinę. Pięcioro wnucząt sprawia, że nigdy się nam nie nudzi. Poza tym systematycznie jeździmy do Niemiec do pracy.

Może zabrzmi to głupkowato z mojej strony, ale… po co?
Mamy dom, dzieci i wnuki. Jeśli chcemy żyć na w miarę przyzwoitym poziomie to skromna emerytura Krysi i moja renta w wysokości 700 złotych na miesiąc nie wystarczą do tego. Zazwyczaj jest tak, że 2-3 miesiące jesteśmy w Polsce, a potem wyjeżdżamy na podobny okres do przyjaciół mieszkających w Sulzburgu, do pracy.

700 złotych? Przecież w tamtych czasach na pewno był Pan jako bokser na etacie w Hucie Stalowa Wola, a następnie w kombinacie "Igloopol" w Dębicy.
W sumie uzbierało mi się prawie 35 lat stażu pracy, ale niestety oficjalne podawane kwoty do rozliczeń były bardzo zaniżane. Nie zwracałem na to uwagi. Nie żyłem chwilą, ale nawet mi przez myśl nie przyszło, żeby co miesiąc szczegółowo sprawdzać papiery…

Ale to nie jest tak, że jak się zbliża wyjazd do Niemiec, to panuje u Państwa w domu atmosfera przygnębienia?
Nic z tych rzeczy (uśmiech). Już tyle lat podróżujemy razem z żoną, że zdążyliśmy przywyknąć. Aczkolwiek wspomnienia nie zawsze są pozytywne. Cztery lata temu po ugryzieniu przez zakażonego kleszcza wylądowałem w szpitalu na prawie dwa tygodnie. Doszło do ostrego zapalenia opon mózgowych. Tak naprawdę, to do dzisiaj nikt mi nie powiedział czy mój stan faktycznie był aż tak bardzo ciężki.

Byliśmy z żoną razem na grzybach. O ugryzieniu przez zakażonego kleszcza dowiedziałem się dopiero po szczegółowych badaniach w szpitalu. Początkowo leczono mnie na zwykłą grypę. Do momentu aż nie straciłem przytomności i trzeba było szybko działać. Na szczęście lekarze odkryli w moim organizmie powikłania występujące po takich ukąszeniach i szybko rozpoczęto właściwe leczenie. Nie chcę dramatyzować, ale przypuszczam, że dzięki temu możemy sobie dzisiaj razem siedzimy i rozmawiać…

Zmieniam temat, bo dostrzegam, że ta sytuacja wciąż kosztuje Pana dużo stresu. Jak ocenia Pan poziom polskiego boksu?
Minęło już cztery lata, ale szczególnie przez pierwszy rok od tego zdarzenia trochę "panikowałem". Cokolwiek mnie nie zabolało, to od razu bałem się, że ma to jakiś związek z tym ukąszeniem… Delikatna trauma została.

Dobra, gadamy o sporcie (uśmiech)! Powiem ci, co mi się najbardziej nie podoba w dzisiejszym boksie. Kiedyś istniały ligi bokserskie, odbywały się mecze drużyn, na które potrafiło przyjść po kilka tysięcy ludzi. Ten sport był bardziej powszechny niż dzisiaj. Kibic wiedział, że w niedzielę Stal Stalowa Wola będzie walczyć z Legią Warszawa, a za tydzień z Wisłą Kraków. Kibiców elektryzowała walka o awans do I ligi, walka o drużynowe Mistrzostwo Polski. A teraz? Powstały te wszystkie "stajnie" i coraz częściej mam wrażenie, że ten sport jest dla wybrańców. Utalentowanych chłopaków, którzy mają to szczęście, że spotkają na swojej drodze uczciwego promotora…

Miał Pan kiedyś propozycję, aby zwiększyć swoją wagę ciała i zamiast walczyć w wadze lekkiej, rywalizować w "wyższych" kategoriach?
Nigdy w życiu. Trafiłem na tak mądrego szkoleniowca jak Ludwik Algierd, dlatego na szczęście omijały mnie takie pomysły (uśmiech). Trener Algierd traktował mnie trochę jak syna. Często z Krysią odwiedzaliśmy Pana Ludwika i jego Świętej Pamięci żonę Jasię. Ciężko mi w słowach opisać naszą relację. Z jednej strony na treningu to on zawsze był guru, a ja jako zawodnik miałem się go słuchać. W życiu prywatnym ten dystans między nami trochę zanikał.

Porównałby się Pan jakoś do trenera Algierda? Pan jako szkoleniowiec I-ligowego Igloopolu Dębica dwukrotnie świętował drużynowe Mistrzostwo Polski. Dwukrotnie Pana zawodnicy wywalczyli również srebro i raz brąz. Podobne sukcesy odniósł ze Stalówką Pan Ludwik.
Mogę tylko powiedzieć, że dla swoich podopiecznych zawsze starałem się być takim opiekunem, jakim kiedyś był dla mnie Pan Ludwik. Krótka odpowiedź, ale konkretnie (uśmiech).

W Dębicy mieszka Pan na ulicy Sportowej. Przypadek, czy to jakaś zaplanowana "akcja"?
To osiedle wybudował Edward Brzostowski, który w latach 80. był podsekretarzem Ministerstwa Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. To on kiedyś powiedział mi: "Roman, jeśli zdobędziesz dla Igloopolu złoto, to ja ciebie też ozłocę" (uśmiech). Słowa dotrzymałem, bo zdobyłem jako zawodnik nawet dwa tytuły Mistrza Polski. Pan Brzostowski zaproponował mi to lokum, które później wykupiłem z żoną na własność. Mieszkaliśmy na jednym osiedlu między innymi ze Świętej Pamięci Rysiem Świeradem (legendarny polski zapaśnik - red.) czy klanem rodziny Lipieniów, którzy bardzo mocno związani byli z boksem.

W Stalowej Woli dopóki nie zdobyłem wicemistrzostwa Europy spałem w hotelu robotniczym. Dopiero potem dostaliśmy z żoną mieszkanie. Okolica również pełna była sportowców (uśmiech). Dawniej ludzie byli bardziej ze sobą zżyci. Mężowie wyjeżdżali na obozy, a żony razem z dziećmi urzędowały na osiedlu (uśmiech). "Trzymaliśmy się" z rodziną Henia Janowskiego i Lucka Treli. Wiesz, że siostra Lucka została żoną mojego brata Janka (uśmiech)? W teorii i w praktyce tworzyliśmy jedną wielką rodzinę.

Co w dawnych czasach można było załatwić na nazwisko Gotfryd?
Ciekawe pytanie. Moja żona na przykład uniknęła w latach 80. mandatu za jazdę bez prawa jazdy. Mieszkaliśmy już w Dębicy. Z tego co wiem Krysia razem z Bogną Lipień chciały zabrać dzieci na krótką przejażdżkę. Dostałem wówczas na talon "Zaporożca" i trochę uczyłem żonę jeździć. Problem w tym, że ona na kurs prawa jazdy dopiero miała się zapisać. Żonie napatoczył się patrol. Podobno z nerwów zgasł jej samochód i tak funkcjonariusze przyłapali ją za jazdę bez dokumentów. Miał być spory mandat, ale w ostatniej chwili Bogna Lipień powiedziała rzekomo: "Panie władzo, to żona Romka Gotfryda. Bądź pan człowiekiem". No i się upiekło, dobrze mówię (uśmiech)?

Krystyna Gotfryd: - Gdybyś tylko coś przekręcał to zaraz bym cię poprawiła. Powiem ci Bartek, że mój mąż nigdy nie chciał nic załatwiać, jak to się mówi, po znajomości. Zawsze było mu głupio, co trochę mnie już czasami denerwowało, bo kiedyś nawet jak syn chciał się dostać do klubu bokserskiego, to mu ojciec powiedział, że on za niego wstawiać się nie będzie, bo tak nie można… Taki charakter.

Dlaczego odmówił Pan Mateuszowi Borkowi współpracy? Dowiedziałem się, że miał Pan być komentatorem walk bokserskich w telewizji "Polsat".
Może odrobinę zabrakło mi odwagi… W tamtym okresie nie mogłem przyjąć propozycji od Mateusza. Mieliśmy z żoną jechać do Niemiec i nie chciałem już "kombinować jak koń pod górę". Mateusza znałem jeszcze jak ze swoimi skrzypcami przychodził do nas do domu. Kolegował się z naszymi córkami, z którymi zresztą tańczył w Zespole Pieśni i Tańca "Igloopolanie". Stare dzieje… (uśmiech). Pomyśleć, że dzisiaj dziewczyny mają już prawie po 40 lat, a jeszcze niedawno chodziły na te wszystkie tańce i inne eskapady (uśmiech).

To, żeby nie było tak "cukierkowo". Czterokrotnie przygotowywał się Pan do Igrzysk Olimpijskich, ale nigdy nie udało się Panu na nie pojechać. Dlaczego?
Bo byłem za słaby.

Krystyna Gotfryd: - O, to jest właśnie cały mój mąż. Bo byłem za słaby. Kropka.

Roman Gotfryd: - Ale co mam powiedzieć? Szukać na siłę jakiś spisków? Skoro ani razu nie pojechałem to znaczy, że za każdym razem byłem za słaby. Takie żalenie się, że inni mogli mieć tak zwane plecy jest śmieszne. Trzeba mieć honor i otwarcie mówić o swojej słabości, a nie od razu: "Byłem dobry, ale nie mogłem pojechać, bo musiał jechać tamten". W życiu zaliczyłem wiele wzlotów, ale też i upadków. Kiedy 10 lat temu zwolnili mnie z funkcji trenera grup młodzieżowych upadającej sekcji bokserskiej Igloopolu było ciężko. Nie było pracy, a utrzymanie domu kosztuje. Poza tym zawsze człowiek chce zapewnić swoim wnukom jakieś atrakcje. A o takowe ciężko, jak po zrobieniu opłat zostawało niecałe 20 złotych na dzień…

Podstawa to jednak mieć koło siebie osobę, którą się kocha, która ciebie kocha. Razem z Krysią przeżyliśmy już wiele i chcemy przeżyć jeszcze więcej. Mamy dla kogo żyć i dla kogo pracować (uśmiech). To piękna sprawa…

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kasia

Państwo Gotfrydowie to cudowni ludzie. Pozdrawiam serdecznie. Kasia - córka Henia :-)

S
STAL

WIĘCEJ TAKICH WYWIADÓW! SZACUNEK DLA PANA ROMANA! STALÓWKA PAMIĘTA!

Dodaj ogłoszenie