Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Tarnobrzeg. Po bankructwie "Owocu Sandomierskiego" w powiecie sandomierskim, ruszył proces. W tle szkoda sięgająca 12 milionów złotych

Marcin Radzimowski
Marcin Radzimowski
Dokładnie godzinę i czterdzieści minut prokurator odczytywał samą treść zarzutów z aktu oskarżenia w procesie 52-letniego Leszka B., byłego prezesa sadowniczej grupy producenckiej "Owoc Sandomierski" w Bilczy, w powiecie sandomierskim. W poniedziałek, 4 grudnia przed Sądem Okręgowym w Tarnobrzegu ruszył proces w tej sprawie i już od samego początku było bardzo ciekawie.

Były prezes "Owocu Sandomierskiego" przed sądem

Zaskoczeniem chyba dla wszystkich stron był fakt, że w sądzie nie zjawił się żaden z 232 pokrzywdzonych - głównie osób fizycznych (producentów owoców, przede wszystkim jabłek). Sporą grupę spośród nich (80 osób) przed sądem reprezentował będzie pełnomocnik prawny. Inne rozwiązanie, z punktu widzenia logistycznego, byłoby niemożliwe z oczywistego względu - nie ma sal sądowych będących w stanie pomieścić dziesiątki osób.

Prokuratura Rejonowa w Sandomierzu zarzuca Leszkowi B, że działając w krótkich odstępach czasu w wykonaniu z góry powziętego zamiaru, pełniąc funkcję prezesa zarządu spółki z o.o. "Owoc Sandomierski" w Bilczy, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, mając świadomość braku możliwości wywiązania się przez spółkę z zaciągniętych zobowiązań z powodu braku płynności finansowej i zadłużenia spółki, wprowadził w błąd jej udziałowców oraz inne osoby dostarczające jabłka i inne owoce, dokonujące zakupów towarów od spółki i przedstawicieli podmiotów gospodarczych, u których spółka zamawiała usługi, bądź dokonywała zakupu towarów, co do zamiaru i możliwości uiszczenia opłaty za pobrany towar i świadczone usługi, czym doprowadził udziałowców, dostawców, osoby dokonujące zakupów od spółki oraz podmioty gospodarcze do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w łącznej kwocie 11 milionów 870 tysięcy 749 złotych i 51 groszy (łącznie pokrzywdzonych jest 232 osoby fizyczne, podmioty gospodarcze i instytucje). Drugi zarzut mówi o tym, że w okresie od 30 stycznia 2016 roku do 5 września 2017 roku pełniąc funkcję prezesa zarządu spółki, nie zgłosił do Sądu wniosku o upadłość, pomimo że z dniem 31 grudnia 2015 roku powstały warunki uzasadniające upadłość tej spółki. W akcie oskarżenia prokurator wnioskował o przesłuchanie na rozprawie 245 świadków, ale już wiadomo, że sąd znacznie ograniczy tę liczbę.

Na pierwszym terminie procesu początkowo oskarżony Leszek B. nie przyznał się do stawianych mu zarzutów, nie chciał też składać wyjaśnień, a jedynie później odnosić się do zeznań świadków. Ostatecznie jednak zdecydował się opowiedzieć sądowi i stronom o początkach spółki. Sadownicza grupa producencka "Owoc Sandomierski" założona została przez grupę 10 producentów jabłek w 2010 roku, ale szybko dołączali do niej kolejni dostawcy owoców. Spółką kierował Leszek B. wspólnie z dwoma wiceprezesami. Udziałowcami byli oczywiście dostawcy owoców. Zadaniem zarządu spółki było pozyskiwanie towaru od współudziałowców i zawieranie umów z "dużymi graczami".

Odpowiadając na pytania przewodniczącego składu, sędziego Macieja Olechowskiego, oskarżony Leszek B. opisywał sytuację finansowa spółki na przestrzeni lat. Mówił również o problemach finansowych spółki i jej przyczynach.

- Do 2014 roku sytuacja była bardzo dobra, a towar trafiał głównie na Wschód. Głównie pod ten rynek przygotowywaliśmy naszą ofertę. Najwięcej jabłek wysyłaliśmy do Rosji, ale też na Ukrainę, do Białorusi i Kazachstanu. W 2014 roku, po nałożeniu przez stronę rosyjską embarga na import owoców z Polski, sytuacja stała się bardzo trudna. To był gwóźdx do trumny. Owoców nie brała nie tylko Rosja i oczywiście Białoruś, ale też część odbiorców z Ukrainy, którzy kupowali u nas jabłka i sprzedawali dalej do Rosji - wyjaśniał Leszek B. - Oczywiście szukaliśmy innych rynków zbytu, eksportowaliśmy towar między innymi do Algierii, Egiptu czy Francji, ale to była niewielka sprzedaż, nieporównywalna z rynkiem rosyjskim. To było około 15, maksymalnie 20 procent w porównaniu z tym, co eksportowaliśmy do Rosji.

Leszek B. podkreślał wielokrotnie, że na walnych zgromadzeniach udziałowców sadowniczej grupy producenckiej "Owoc Sandomierski" ich uczestnicy byli informowani o aktualnej sytuacji w spółce, również o problemach, jakie się pojawiały. Mówił, że z pokrzywdzonych firm wskazanych w akcie oskarżenia zna niektóre, ale wielu nie zna, dopiero wyczytał o nich w akcie oskarżenia.

- To nie była moja jednoosobowa firma, ja nie podejmowałem sam decyzji. W spółce pracowało 115 osób, w różnych działach i to ci pracownicy wyszukiwali najlepsze oferty i partnerów biznesowych. Z tytułu samych tylko wynagrodzeń rocznie w spółce wydawanych było 6 milionów złotych - mówił Leszek B.

Decyzją, która oprócz rosyjskiego embarga w znacznej mierze przyczyniła się do upadłości "Owocu Sandomierskiego", była decyzja jednego z banków, który wypowiedział umowy kredytowe - kredytu obrotowego oraz kredytu inwestycyjnego. Powodem takiej decyzji było zaostrzenie przez bank wymagań.

- Po pierwsze bank chciał poręczenia kredytu do wartości 3,6 miliona złotych. Ja sam poręczyłem na 1,2 miliona złotych. Zobowiązano nas również do sprzedaży części taboru, ciągników siodłowych i naczep, pieniądze z ich sprzedaży trafiły do banku. Trzeci warunek był taki, żeby główni udziałowcy wnieśli do spółki 3 miliony złotych pożyczek długoterminowych lub podnieśli kapitał zakładowy spółki. Ten trzeci warunek był nie do spełnienia, bo udziałowcy nie mieli takich pieniędzy - tłumaczył Leszek B.

Jak relacjonował przed sądem oskarżony, były również inne problemy, które wpłynęły na utracenie przez spółkę płynności finansowej. Na przykład niektórzy odbiorcy nie zapłacili za odebrany towar, jabłka. Inny z kolei zamówił jabłka, które w przetwórni konfekcjonowano pod potrzeby klienta (na przykład pakowanie w określone pudełka, sortowanie pod względem wielkości, znakowanie itd.), a klient tego towaru ostatecznie nie odebrał. Ostatecznie jabłka niegdyś wartościowe sprzedawano za bezcen jako przemysłowe. To wszystko generowało koszy, które stale rosły. Rosły też zobowiązania spółki wobec sadowników.

- Podkreślam jeszcze raz, że udziałowcy wiedzieli o trudnej sytuacji w firmie. Ja nikogo nie namawiałem, żeby mi przywożono jabłka, a wręcz mówiłem, że jeśli znajdą odbiorcę zewnętrznego, niech sprzedają towar - mówił były prezes "Owocu Sandomierskiego". - Nieprawdą jest również to, że nie podejmowaliśmy działań naprawczych, mimo utraty przez spółkę płynności finansowej. Jako zarząd spółki i Rada Nadzorcza skontaktowaliśmy się z kancelarią prawną specjalizującą się w prawie upadłościowym i prawie restrukturyzacyjnym, chcąc restrukturyzacji spółki. Niestety, nie wszystkim udziałowcom, dostawcom owoców, zaproponowane warunki odpowiadały.

Były prezes "Owocu Sandomierskiego" dodał, że nigdy nie chciał nikogo oszukać i nikogo nie wprowadzał w błąd, a sam w ratowanie spółki zainwestował pieniądze, których nie odzyskał. Mowa o ponad 4 milionach złotych.

Na obecnym etapie postępowania sądowego można odnieść wrażenie, że wyjaśnienia oskarżonego w żaden sposób nie korespondują z wersją przedstawianą przez prokuraturę. Chodzi przede wszystkim o działania (lub ich brak) podejmowane w celu ratowania spółki i przeprowadzenia restrukturyzacji. Zastanawia również to, dlaczego aktem oskarżenia objęty jest wyłącznie Leszek B., choć najważniejsze decyzje podejmował zarząd w składzie trzyosobowym.

Ciąg dalszy procesu zapanowano na styczeń, przed sądem zeznania mają złożyć żona oskarżonego, jego brat, szwagierka i główna księgowa spółki "Owoc Sandomierski".

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Dziennik Zachodni / Reportaż Śląski Związek Rolników Strajk

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na echodnia.eu Echo Dnia Podkarpackie