Tokio 2020. Angelika Sarna, mistrzyni Polski ze Stalowej Woli: Nie chcę stąd wyjeżdżać bez niczego [WYWIAD]

Damian Wiśniewski
Damian Wiśniewski
Angelika Sarna to pochodząca ze Stalowej Woli wychowanka KKS Victorii. W czerwcu podczas poznańskich zawodów została mistrzynią Polski w biegu na 800 metrów, a teraz reprezentuje nasz kraj podczas igrzysk olimpijskich Tokio 2020. W rozmowie z nami opowiedziała między innymi o tym, jak wyglądają jej treningi, jaka jest rzeczywistość w ośrodku dla lekkoatletów w Japonii oraz o swoim celu na te igrzyska.

Dzień dobry, a w zasadzie dobry wieczór, bo kiedy u mnie na zegarku jest godzina 14, to u ciebie 21. Powiedz, jak wygląda rzeczywistość w Tokio?
Dokładnie tak, dobry wieczór. Do Tokio i do wioski olimpijskiej przyjadę dopiero w poniedziałek, aktualnie przebywam w Zao Bodaira, ośrodku dla lekkoatletów. Jesteśmy blisko parku narodowego, a wokół jest dużo zieleni. Do stadionu mamy około 500 metrów, ale mimo tego jesteśmy wożeni busikami, sami nie możemy się nigdzie poruszać. Musimy przestrzegać wszelkich obostrzeń: wszędzie chodzimy w maseczkach, a do tego codziennie rano przechodzimy testy. Co prawda nie mamy żadnego kontaktu z ludźmi z zewnątrz, ale zasad musimy przestrzegać i non stop się badać.

Czyli nie macie możliwości żeby choćby przejść się wokół ośrodka, zobaczyć okolicę, czy skoczyć do sklepu?
Zero takich możliwości, ale nawet gdybym chciała się stąd gdzieś wymknąć, to tak naprawdę nie mam gdzie (śmiech). Wokół jest pustka, nawet jadąc busikiem na stadion nie widziałam po drodze żadnego sklepu.

A jak to wygląda w samym ośrodku. Jesteście w jakiś sposób od siebie odizolowywani, macie na przykład indywidualne pokoje?
Nie, nikt nie mieszka sam, jesteśmy dobrani w pary. Cały czas mamy ze sobą kontakt, ale idąc na stołówkę musimy mieć na sobie maseczki i rękawiczki przy nakładaniu jedzenia. A jeśli ktoś usiądzie przed daną osobą przy stole, to te osoby są oddzielone od siebie za pomocą pleksi. Nawet jeśli mieszkamy razem. Jedno drugiemu nieco zaprzecza, ale Japończycy bardzo chcą, żebyśmy przestrzegali tych zasad i są niezwykle ostrożni.

Jet lag daje się jeszcze we znaki, czy przyzwyczaiłaś się do nowej strefy czasowej?
Jest coraz lepiej, choć na początku było mi mega nieswojo. Słyszałam, że jedna godzina różnica odpowiada jednej dobie spędzonej w nowym miejscu, więc po siedmiu dniach od przyjazdu powinniśmy już czuć się w pełni normalnie. Dzisiaj mija czwarty dzień od przyjazdu (rozmowa była przeprowadzona w czwartek – przyp. red.) i czuje się już naprawdę ok.

Wy starty zaczynacie pod koniec lipca, więc dla będziecie już w pełni przyzwyczajeni do nowej strefy czasowej.
Dokładnie tak.

Jak wyglądają obecnie twoje przygotowania? Do startów pozostało około tygodnia, czy wobec tego masz nieco więcej luzu, czy może właśnie teraz na treningach jest bardzo intensywnie?
Po przyjeździe tutaj zdarzało się, że miałam dwa treningi dziennie. Teraz zostało około jednego tygodnia do pierwszego biegu, więc wykonywana jest jedna jednostka treningowa dziennie. Całkowitego „luzu” więc nie ma, ale trener ma swój plan, trzymamy się go i mam nadzieję, że na wyścigach w Tokio będę w świetnej formie.

Czy start na igrzyskach jest dla ciebie największym dotychczasowym osiągnięciem, czy wyżej stawiasz sobie niedawny złoty medal mistrzostw Polski seniorów?
Start na igrzyskach olimpijskich aktualnie będzie moim największym sukcesem, w końcu jest to najważniejsza impreza sportowa, marzy o niej tak naprawdę każdy. Niestety, jak to w sporcie, są zawodnicy, którzy podporządkowują całe swoje życie karierze sportowej, a i tak nie nigdy nie pojadą na igrzyska. Dlatego coraz bardziej zaczynam, uświadamiać sobie, jak wysokie są cele, które sama sobie założyłam i teraz je zdobywam. To dla mnie bardzo motywujące i budujące. Liczę na to, że nie będą to moje ostatnie igrzyska, bo te w Paryżu odbędą się już za trzy lata.

W tym roku zdobycie złotego medalu mistrzostw Polski jest dla mnie równie cenne, ponieważ ten bieg zadecydował o tym, kto pojedzie na igrzyska. W rankingu olimpijskim wysoko były cztery Polki, a dostępnych miejsc były trzy. Po zdobyciu tytułu mistrzyni kraju zaczęłam sobie uświadamiać, że będą częścią reprezentacji naszego kraju w Tokio. To była taka radość, że nawet teraz gdy o tym pomyślę, to łzy wzruszenia napływają mi do oczu.

Jakie to było uczucie pokonać tak świetne i utytułowane biegaczki jak Anna Wielgosz i Joanna Jóźwik, a potem stać z nimi na podium mistrzostw Polski?
Szczerze mówiąc to wszystkie rywalki na starcie traktuje tak samo. W tym biegu zależało mi przede wszystkim, żeby pokazać się z dobrej strony. Bardzo ciężko pracowałam, by przygotować się do tych mistrzostw Polski i moją misją było to, by wygrać, co mi się udało. Na mecie oczywiście czułam wielką radość ze zwycięstwa oraz że spełniło się wszystko, co sobie wymarzyłam i zakładałam. A jeśli chodzi o podejście do rywalek, to traktuje je tak samo, tak było, jest i będzie. Medalistki mistrzostw Polski, Europy oraz dziewczyny bez takich osiągnięć są dla mnie taką samą konkurencją. Do każdego podchodzę tak samo.

Wszystkie trzy jesteście zawodniczkami, które zaczynały i trenowały w Stalowej Woli. To jest dodatkowy smaczek, zwłaszcza dla kibiców z Podkarpacia, którzy was śledzą.
Tak się złożyło, że jesteśmy wszystkie z jednego regionu i super, że zdołałyśmy się zakwalifikować na igrzyska. Mega wyczyn dla Podkarpacia, czy nawet dla mniejszego regionu, jakim jest Stalowa Wola. To jest coś pięknego, nie wiem czy kiedyś tak się wydarzyło, żeby trzy zawodniczki z tego samego regionu na tym samym dystansie reprezentowały Polskę na igrzyskach olimpijskich.

Z Joanną Jóźwik łączy cię to, że obie zaczynałyście w KKS Victorii Stalowa Wola. Byłyście oczywiście w różnych rocznikach, ale czy udało wam się już wtedy złapać ze sobą kontakt?
Tak, pamiętam Asię ze Stalowej Woli, zdarzały się nam na przykład wspólne rozgrzewki przed treningami. Miałyśmy ze sobą styczność i dobrze się kojarzyłyśmy z czasów Victorii. Można powiedzieć, że nawet dobrze się znałyśmy w tamtym czasie.

Twoim pierwszym sportem wcale nie była jednak lekkoatletyka, bieganie, ale taniec prawda?
Tak, zawsze mi się to podobało. Na początku były to tańce ludowe w domu kultury, później taniec towarzyski, ale trwało to bardzo krótko. Później mama mnie zaprowadziła na biegi uliczne w Stalowej Woli, które były organizowane przez mojego pierwszego trenera, Stanisława Anioła. Pokazałam się wtedy z bardzo dobrej strony, wygrałam ze starszym rocznikiem na dystansie 400 metrów. Później wystartowałam jeszcze dwa razy w jakichś biegach ulicznych i do tego tańczyłam, ale po jakimś czasie trener Anioł mnie przekonał, żeby to zostawić i poświęcić się „lekkiej”.

Jak wspominasz pracę z trenerem Stanisławem Aniołem?
Od początku bardzo mnie zachęcał i motywował do przychodzenia na treningi i uczestnictwa w zajęciach. Na początku miałam jeden trening tygodniowo i bardziej była to zabawa, niż wyczynowe trenowanie. Myślę jednak, że bardzo dobrze że to się potoczyło właśnie w ten sposób, bo jako dziecko się nie zraziłam - nie ukrywajmy, że lekkoatletyka i bieganie większości ludzi kojarzy się z jedną wielką nuda (śmiech). Treningi były naprawdę ciekawe, trener starał się wkomponować pewne elementy tak, byśmy się nie nudzili. Widać, że byłam wtedy dobrze prowadzona, skoro teraz z roku na rok się rozwijam. I, odpukać w niemalowane, omijają mnie większe kontuzje oraz ze zdrowiem jest wszystko w dużym porządku. To jest dla mnie teraz najważniejsze.

A czy taniec to jest coś, na co wciąż znajdujesz czas, czy kompletnie to odpuściłaś i wrócisz do niego ewentualnie po zakończeniu kariery biegowej?
Aktualnie odpuściłam, chyba że w pokoju przed treningiem pogibię się z nogi na nogę i powygłupiam (śmiech). Żartuję oczywiście, nie ma miejsca na coś takiego, absolutnie. Celem jest tylko lekkoatletyka i ona się liczy.

Teraz współpracujesz z trenerem Andrzejem Wołkowyckim, powiedz jakie są różnice w tym jak pracujesz teraz, a jak trenowałaś pod okiem trenera Anioła?
Przede wszystkim bardzo się cieszę, że trener Anioł nie narzucił mi za dużych obciążeń. Czasami słyszę o tym, że ludzie w młodym wieku dźwigają wielkie ciężary na siłowni, u mnie tego nie było. Pewnie dzięki temu później uniknęłam niefajnych skutków, urazów.

Później, po przejściu do Warszawy zmieniłam otoczenie, trenera i zmienił się mój trening. Siłownia zaczęła odgrywać stopniowo większą rolę, co teraz mi bardzo pomaga. 800 metrów to jest bardzo ciężki dystans i siła jest w nim bardzo ważna. Dzięki niej poprawia się szybkość. Z roku na rok u trenera Wołkowyckiego powoli się pod tym względem rozwijam.

Adam Kszczot kiedyś w rozmowie z Rzeczpospolitą nazwał dystans 800 metrów najtrudniejszym wysiłkowo dla biegacza. Jak ty to odbierasz? Czy pomyślałaś kiedyś o tym, by swój dystans skrócić lub wydłużyć?
Tak, jest to bardzo ciężki i morderczy dystans, w pełni zgadzam się z Adamem! Jest to długi dystans i bardzo szybki.

Trening pod bieg na 800 metrów jest wymagający i specyficzny. Muszę mieć bardzo dobrą wytrzymałość i zapas szybkości. Biegi są bardzo różne, jeden z końcówki, jeden tempowy... Tak naprawdę muszę być przygotowana na wszystko. Istotną rolę odgrywa również taktyka i myślenie podczas biegu. Tutaj bardzo ważne jest to, aby kontrolować to, co dzieje się w trakcie biegu. Jeden błąd może mnie kosztować to, że start zaliczę do tych nieudanych, a rezultat na tablicy nie będzie taki, na jaki się przygotowywałam.

Jeśli chodzi o zmianę dystansu na 1500 metrów, to zdecydowanie nie, nigdy ten dystans mi się nie podobał (śmiech). Jeśli chodzi o 400 metrów, to wynik z tego sezonu i mój aktualny rekord życiowy to 53,72 sekundy. Jak dla mnie jest to świetny rezultat biorąc pod uwagę, że w tym roku biegłam na tym dystansie i był to czas, gdy moja forma dopiero „rosła”. Myślę, że ten wynik jest do poprawy, chociaż dla biegaczki specjalizującej się w biegu na 800 metrów to już jest bardzo dobry zapas prędkości!

Wracając do sedna, to zostanę przy moim dystansie 800 metrów. Myślę, że tu śmigam całkiem dobrze.

Ten rok jest ciebie fantastyczny pod względem wyników, zeszłaś na 800 metrów poniżej dwóch minut. Czy to wynika z jakichś treningowych zmian, czy może po prostu jest spodziewany punkt rozwoju?
Odkąd pracuję z trenerem Wołkowyckim, czyli od około pięciu lat, to mój trening wygląda tak naprawdę tak samo. Regularnie zwiększam swoją siłę i jestem w stanie dźwigać większe ciężary. Wzmacniam się z roku na rok, co przekłada się na czasy podczas zawodów. Wierzyłam w to, że złamię dwie minuty, wiedziałam że jestem na to przygotowania zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Udało mi się to zrobić, ale treningu nie zmieniamy, pracujemy w ten sam sposób. Robimy progresy na szybkości, na sile i to teraz daje rezultaty. Jeśli będzie tak dalej, to mam nadzieję, że czasy będą jeszcze fajniejsze. Choć już teraz wynik, który się zapisał się na dziewiątym miejscu w historii polskich rezultatów.

Studiowałaś trudny i ścisły kierunek technologia energii odnawialnej. Powiedz, jak trudno było to pogodzić z bieganiem, skoro kiedy studenci wybierali się na sesję letnią, to ty zapewne miałaś starty?
Latem to były starty, a zimą zgrupowania. Myślałam, że jeśli wybiorę studia zaoczne, to będzie mi to łatwo pogodzić, bo wiedziałam, że na sporcie i na nauce cały czas będzie mi zależało tak samo. Wybrałam studia zaoczne na SGGW (Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego – przyp. red.). Kierunek był trudny, a przedmioty bardzo ścisłe, także nie ułatwiło mi to zadania jeśli chodzi o trenowanie, podobnie jak zaoczne studiowania.

Zimą dzieliłam czas – dwa tygodnie spędzałam na zgrupowaniu i dwa tygodnie w Warszawie. I tak mi przebiegał cały ten okres, musiałam się sporo nakombinować, by zjawiać się na zjazdach i być fizycznie na uczelni. Generalnie mi się to udawało, bo zimą zgrupowania były w Polsce, więc sesja zimowa była dla mnie luźna. Latem było gorzej, bo tak jak wspomniałeś, wiązało się to ze startami, które zazwyczaj odbywają się w weekendy.

Miałam dużo nieobecności, co wiązało się z wieloma mailami do wykładowców, ale większość z nich była bardzo wyrozumiała. Miałam po prostu niezaliczone przedmioty w pierwszych terminach i musiałam to nadrabiać w sesji poprawkowej. We wrześniu w założeniu powinnam mieć reset fizyczny i psychiczny, ale musiałam go spędzać na zdawaniu egzaminów. Było to trudne, ale cieszę się że podołałam, obroniłam inżyniera i teraz w stu procentach poświęcam się jednemu.

Skąd pomysł na taki kierunek studiów? Zawsze byłaś bardziej umysłem ścisłym niż humanistycznym?
Tak, zawsze wolałam matematykę od języka polskiego. Pomyślałam, że ten kierunek jest dla mnie bardzo przyszłościowy i perspektywiczny, więc nie zamykam tego rozdziału. Być może kiedyś do tego wrócę, nie po to się tyle męczyłam, żeby teraz to odstawić to całkiem na bok (uśmiech).

Na koniec wrócę do igrzysk. Jaki wynik by cię zadowolił? Udział w biegu finałowym, czy ustawiasz sobie poprzeczkę jeszcze wyżej?
Finał byłby spełnieniem moich marzeń. Jeżeli nie udałoby mi się go osiągnąć, to chcę pobić swój rekord życiowy. Nie chcę stąd wyjeżdżać bez niczego, więc – albo finał, albo rekord życiowy.

Rozmawiał Damian Wiśniewski

Tokio Raport - rozmowa z Lucyną Kornobys

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie