Tarnobrzeg. Zakażona koronawirusem po trzech dniach musiała opuścić oddział zakaźny, bo potrzebne miejsca dla kolejnych chorych

Marcin Radzimowski
Marcin Radzimowski
Udostępnij:
- Moja żona jest zakażona koronawirusem, ale w szpitalu zakaźnym nie ma już dla niej miejsca - mówi mieszkaniec Tarnobrzega, nie kryjąc rozgoryczenia. Jego żona - pielęgniarka, została zakażona przez pacjentkę „zero” będąc w pracy, w szpitalu. W podobnej sytuacji w najbliższym czasie mogą się znaleźć setki, nawet tysiące rodzin.

Tarnobrzeżanin skontaktował się z nami w nawiązaniu do artykułu Syn zakażonej koronawirusem przebywa w ścisłej kwarantannie. Mąż... nie

Mężczyzna mówi, że po części rozumie zaniepokojenie mieszkańców jego bloku, jednak sąsiedzi nie znają szczegółów całej sprawy, a ta nie jest wcale taka prosta. I również ma żal do służb, które - jak przekonuje - zostawiły jego i jego rodzinę bez wsparcia w bardzo trudnej sytuacji.
- Jestem kierowcą zawodowym, z Niemiec wróciłem już po tym jak żona została zabrana do szpitala. Nie miałem więc z nią żadnego kontaktu - zaznacza. - Moja praca polega na tym, że jadę ciężarówką, odbieram towar i wracam. Nie kontaktuję się z ludźmi. Zakładam rękawiczki, dezynfekuję ręce, jak robi wiele osób. W kabinie też mam płyn do dezynfekcji, którego używam.

Dodaje, że w Niemczech, dokąd jeździ tirem, nie ma takiej paniki jak w Polsce. Są zachowywane podobne środki ostrożności, ale nie ma paniki. O wydarzeniach z ostatnich dni wie z relacji żony, pielęgniarki pracującej na oddziale wewnętrznym szpitala w Tarnobrzegu. To właśnie tam żona została zarażona przez pacjentkę „zero”. Oczywiście niczyjej złej woli w tym nie było. Stało się.

- Na tak zwanej pierwszej linii frontu, czyli na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym są specjalne środki bezpieczeństwa, ale na innych oddziałach takich nie było. Nie było specjalnych kombinezonów czy maseczek. To zresztą wynika z faktów, bo gdyby były, to aż tyle osób z personelu nie uległoby zakażeniu koronawirusem - podejrzewa.

Jego żona, jako pielęgniarka, miała kontakt z pierwszą osobą zakażoną koronawirusem. Chora 78-letnia kobieta 16 marca trafiła na oddział wewnętrzny szpitala, ale dopiero kiedy jej stan zdrowia się pogorszył, trzy dni później, wykonano testy. Pozytywny wynik (zakażenie koronawirusem) był znany 19 marca, następnego dnia seniorkę przewieziono do szpitala zakaźnego w Łańcucie. Oddział wewnętrzny szpitala w Tarnobrzegu został zamknięty, pacjenci zostali przewiezieni do szpitala w Mielcu, natomiast personel mogący mieć kontakt z pacjentką „zero” poddano domowej kwarantannie.

Jedną z osób podlegających kwarantannie była żona naszego rozmówcy, pielęgniarka. Mimo upływu 14 dni od kontaktu z zakażoną koronawirusem pacjentką, nie wykonano jej testów pod kątem zakażenia (części personelu wcześniej wykonano). Były jedynie zalecenia, żeby nie wychodzić z mieszkania.
- Ja wtedy byłem jeszcze w Niemczech. W poniedziałek (30 marca - przyp. autor) żona zaczęła mieć niepokojące objawy. Stan podgorączkowy, duszności. Później dopiero mi się przyznała, że miała też utratę węchu i smaku i dlatego się przestraszyła - relacjonuje tarnobrzeżanin. - Syn szybko zawiózł żonę do szpitala w Mielcu i dopiero wówczas zrobiono testy. Wynik był następnego dnia, we wtorek. Pozytywny, żona była zakażona. Przewieziono ją do Łańcuta na oddział zakaźny. Dostała leki, chyba takie jak na malarię, bo takie obecnie podają chorym

Mężczyzna dodaje, że jego syn został objęty kwarantanną. On sam do Polski wrócił w środę. Na granicy wypełnił odpowiednie dokumenty. I choć kierowcy zawodowi nie są objęci obligatoryjną 14-dniową kwarantanną, sam z własnej woli w miarę możliwości starał się nie wychodzić z mieszkania niepotrzebnie.
- Sytuacja jest teraz taka, że tak naprawdę nikt z nas nie wie, czy przypadkiem nie jest bezobjawowym nosicielem. I czy nie zaraża innych. Ani ja tego nie wiem, ani pan. Ja dla bezpieczeństwa i tak zakładam rękawiczki i maseczkę, często myję ręce, dezynfekuję - relacjonuje tarnobrzeżanin.

Na pytanie, czy mimo braku obligatoryjnej kwarantanny jako kierowca, nie powinien - jako osoba mieszkająca z przebywającym w kwarantannie synem, pozostawać w kwarantannie, odpowiada, że być może tak. Nie dostał jednak takich zaleceń.
- Polecono mi, żebym utrzymywał dystans od syna, często mył ręce i odkażał - mówi.
Jest jednak poważniejszy problem, z którym mężczyzna musiał się zmierzyć, a z którym w najbliższym czasie staną twarzą w twarz dziesiątki, setki, a może tysiące osób.

- Po trzech dniach pobytu w szpitalu w Łańcucie, kiedy ustąpiły objawy, moją żonę wypisano ze szpitala. Nadal chorą, zakażoną, ze zniszczoną wątrobą. Po prostu poinformowali nas, że żonę trzeba zabrać, bo potrzebne jest miejsce dla nowych chorych. Nie wyleczoną, a jedynie podleczoną, bo przecież wciąż może zarażać innych - mówi mężczyzna, nie kryjąc żalu. - Trzeba było podać adres, pod jaki specjalistyczną karetką żona zostanie przewieziona. Dzwoniłem do wydziału zarządzania kryzysowego, do Sanepidu. Nie ma miejsc dla takich pacjentów. Są miejsca dla osób, które mają się poddać kwarantannie, jeśli nie mogą przebywać w domu, żeby domowników nie zarazić, ale nie ma dla pacjentów podleczonych.

Mężczyzna dodaje, że żona absolutnie nie mogła zostać przewieziona do własnego mieszkania, zresztą sam by tego nie chciał, by nie nie został zarażony syn, ani on.
- Zresztą łatwo sobie wyobrazić reakcję mieszkańców naszego bloku, gdyby podjechała karetka specjalistyczna z żoną - mówi. - Tu nie chodzi nawet o pieniądze, po prostu nie ma ma miejsca, w którym na te dwa tygodnie doleczenia można taką osobę umieścić.

Na szczęście w tym przypadku można było umieścić pacjentkę w bezpiecznym miejscu. W domu rodzinnym jej mamy, w odległości 40 kilometrów od Tarnobrzega.
- Nie wiem co jest w sytuacji osób, pacjentów podleczonych, którzy nie mają takiej możliwości. Nikt nie zapewnia miejsca do kontynuowania leczenia, nie ma szpitalnego oddziału, nie ma hotelu, nie ma pomocy - mówi. - Wiem, że sąsiedzi nie mają takiej świadomości, bo ich to nie dotyczy. Ja naprawdę robię wszystko, żeby się zabezpieczyć przed ewentualnym, nieświadomym zarażeniem kogoś. I żebym sam nie został zarażony. Bo, powtórzę, nikt z nas nie może być pewien. Szkoda, że sąsiedzi nie zadzwonią do mnie, nie zapytają, czy jakoś może trzeba mi pomóc. A przecież ktoś musi pójść na zakupy, skoro syn w kwarantannie. Musiałem kupić bułki, jakąś wodę, 40 kilometrów przejechać, zawieźć żonie. Oczywiście bez kontaktu, zostawiłem pod drzwiami. Czy ktoś mi pomoże? Czy ktoś zrobi zakupy? Wszyscy musimy mieć świadomość, że to dopiero początek tego wszystkiego i za tydzień, dwa taka sytuacja może spotkać każdą zdrową dziś osobę.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Nielegalna aneksja terytoriów Ukrainy - video flesz

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Doskonale rozumiem tego pana. I polecam każdemu, aby się zastanowił nad słowami, że każdego z nas to czeka. Bo to prawda. Najłatwiej oceniać i wydawać sądy oraz dbać o samego siebie. A trudno postawić się w cudzej sytuacji. W sytuacji człowieka, który został przez państwo pozostawiony sam sobie. Tym bardziej, że dotyka to zarażonej pielęgniarki. Zgroza, jak państwo dba o personel medyczny.

Więcej informacji na stronie głównej Echo Dnia Podkarpackie
Dodaj ogłoszenie